#2 Glutem będąc

Widząc Gdański Żuraw w telewizji, wróciły wspomnienia. Tam, w okolicy, upłynął mi cielęcy wiek, w pokoju na górze z balkonem.

Tu mijały lata mojego dzieciństwa.

W salonie dziadków stał w kącie duży zegar z wahadłem pod którym chętnie przystawałem dostrzegając w nim przyjacielską dusze. Bo zegar nigdy nie milczał i zawsze dobiegały z jego wnętrza jakieś odgłosy. Spokojnie szemrał, tykał, chrobotał trybami tajemniczych kol, sapał, jęczał i wzdychał, jakby jego wnętrzności z trudem trawiły mijające godziny. Gdy zapadała ciemność, jego flegmatyczne ruchy stawały się dla mnie pociecha. Dopóki ten staruszek stał na straży, nic złego nie mogło się zdarzyć.

Dziś, otaczający nas świat, prawie nigdy nie milknie całkowicie. Nawet w nocy słychać szmery i przytłumione hałasy, nad które wyrywa się czasami krzyk jakiegoś czujnego recenzenta codzienności któremu przyśnił się sąsiad cierpiący na raka (niepokojące przypomnienie, że zło nie śpi) lub głośny kwik prawdziwej polskiej, kłapouchej świni.

Spoczynek otoczenia prawie nigdy nie jest całkowity, podobnie jak sen nocny w koszarowej sypialni, pełnej dźwięków urywanego kaszlu, chrapania, mamrotanych przez sen przekleństw, popierdywania i nieokreślonego bełkotu. Jednym słowem, na świecie trwa ciągły hałas.

Cisza sprawia przyjemność, jeśli jest wynikiem świadomego wyboru. „Śpiewaj mi, ciszy wybrana” – pisał Hopkins, świętując rozkosze religijnego odosobnienia.

Jednak klasztor, może być też miejscem dość hałaśliwym. Nieustanny trzask zamykanych drzwi, tupot stop po drewnianych podłogach ciągnących się w nieskończoność korytarzy, brzęk naczyń kuchennych w porach posiłków…

Jako, że słowo pisane też jest swego rodzaju dźwiękiem, zatruwaniem hałasem, jest ono bardziej niebezpieczne dla zdrowia fizycznego i psychicznego niż większość zanieczyszczeń chemicznych.

Każdy potrafi wymienić własną litanie znienawidzonych hałasów, warkot samochodu, jęk mechanicznych tartacznych pił, wrzask kocurów i wron, bzyczenie komarów, ryk motocykli bez tłumików oraz wszelki rodzaj młodzieżowej muzyki.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem w Aksaraju śpiew muezina, niewzmocniony jakąkolwiek aparatura, długo pozostawałem pod jego urokiem. Gdy później, znalazłem się w Zejdanie na pałacu Urzędu Celnego, wsłuchiwałem się ze zdumieniem w dźwięki dobiegające z pobliskiego minaretu. Wezwanie na modlitwę, poprzedzone trzaskiem i zgrzytami, wywrzaskiwane było tym razem z ogłuszająca siłą przez megafony.

Bicie dzwonów kościelnych – chrześcijański odpowiednik śpiewu muezina – bywa przykrą inwazją (zwłaszcza jeśli przyjdzie mieszkać blisko kościelnej wieży). Ale dzwony słyszane z oddali… grzeją serce. Nigdzie nie czułem tego równie silnie, jak we Włoszech. Do dziś pamiętam wieczorne bicie dzwonów w Como, niosące się wzdłuż brzegów jeziora Como – niezakłamany głos chrześcijaństwa, nasycony wiarą, nadzieją i miłością.

Do przyjemnych odgłosów dla mnie należą: porykiwanie bydła wracającego do zagrody o zachodzie słońca, krzyk mew nad spokojna tonią morza, pożegnanie dnia przez kolonię gawronów, szepty z dziecinnej sypialni, w której chłopiec z niezwykłą powaga opowiada na dobranoc bajki młodszej siostrzyczce, buczenie ostrzegawczych syren transatlantyku przedzierającego się przez mgłę. Słuchanie tego z dystansu przydaje słodyczy.

Dziś, gdy jestem na jakimś przyjęciu, często wolę usiąść z boku i zamiast wdawać się w wymianę banalnych mądrości – słucham, jak intensywny gwar głosów dobiegających z oddali przechodzi w łagodny szum zlewających się dźwięków.

Moim ideałem stało się obecnie dotrwanie do końca imprezy bez odezwania się słowem – poza zwyczajowym przywitaniem i pożegnaniem, których trudno uniknąć. W ten sposób człowiek więcej się uczy i nie obraża nikogo. W miarę, jak staje się coraz starszy, odzywam się coraz mniej. Doszedłem już do tego, że zaczynam podziwiać feldmarszałka Moltkego, który potrafił milczeć w siedmiu językach…

I marzyłem. Cały czas marzyłem, by kiedyś wsiąść za kierownicę choćby takiego rudowęglowca Pegaso, jak na zdjęciu otwierającym ten odcinek…

Ad rem

Ciotki powychodziły za mąż, tylko mama wciąż czekała na ojca (nie doczekała, zmarła mając 52 lata jako słomiana wdowa).

Tam również skończyłem porządną podstawówkę, nauczycielami byli autochtoni z którymi łatwiej było się porozumieć po niemiecku. Jedynie rosyjskiego (od trzeciej klasy) uczyła p. Mickiewicz. Chociaż nie lubiliśmy tego języka to „Babcię” bardzo, za śpiewny akcent i barwne opowieści o Sankt Petersburgu.