Niezawiniony wypadek

Byłem kiedyś „traktor trayler driver”, miałem swój ciągnik, z którym wynajmowałem się firmom przewozowym. Wziąłem kurs z Missisaugi do „Chyc-ago”. Jest to dość nudna trasa. Jechałem z lotniska MacPearson na lotniska O’Hare, gdzie rozładowałem towar, po czym dzwoniłem po swoich agentach prosząc o powrotny ładunek.
Popełniłem błąd. Jechałem do Chicago w nocy z soboty na niedzielę. W niedzielę nie rozładowałem towaru, dopiero w poniedziałek. Ładunek powrotny dostałem po 3 dniach oczekiwania pod rampą magazynu. Cztery dni nie spałem jak należy. Skulony w szoferce drzemałem, bo w każdej chwili mogą mnie ładować.
Podróż powrotną załadowany zacząłem wieczorem. Byłem skrajnie zmęczony. Powtarzałem sobie w czasie jazdy na autostradzie; Tylko nie zaśnij! Jedź równo i spokojnie! To był mój drugi błąd w jednym tygodniu.
Jechałem 70 mil/h. Za wolno. W tym czasie mijały mnie ciężarówki z dozwoloną szybkością 75 mil/h. Zawsze zastanawiałem się dlaczego ich naczepy i ciągnik obwieszone są lampkami jak choinka? Brałem tylko pod uwagę uczucia miłości, jakie mają kierowcy do swoich pojazdów. Szybko się przekonałem, że to nie tylko miłość. Autostrada w nocy przypomina pas startowy lotniska. Z ogromnym hukiem przetaczają się ogromne ciężarowy wyprzedzając się na wzajem. W nocy – wówczas, nie było wielu policyjnych patroli na drodze. Jeśli były to nie z powodu ciężarówek.
Przy ciężarze 40 t i szybkości 75mil/h, nie da się zatrzymać zestawu na odległości mniejszej niż 200 m. Jeżeli starasz się zapobiec kolizji hamując ostro powodujesz jeszcze większą katastrofę! Jeden nieopaczny ruch kierownicą, któreś z kół ma mniejszą przyczepność i naczepa wyprzedza ciągnik zmiatając wszystko co się znajduje na 3, 4 pasach drogi. Jest to tak zwany „jack knife” – scyzoryk, który podobnie może nastąpić gdy pęknie przewód powietrzny hamulca tandemu kół – obojętnie której osi naczepy. Dzieje się to wówczas, gdy poderwany z nawierzchni jezdni (przez tylną oś ciągnika) jakiś ostry przedmiot uszkadzając wspomniany przewód hamulcowy. Tandem zostaje zablokowany. Ciężar ładunku + szybkość zestawu, zachowuje się wówczas tak, jak wytrącony z równowagi klocek domina. Potrzebna duża doza refleksu i doświadczenia by to zjawisko opanować. Widziałem kilkanaście „dzieł” mistrzów kierownicy, którym się to nie udało, widok ich mistrzostwa był jak po Apokalipsie.
Wracając do tematu! Wjechałem na wzniesienie drogi. Zjeżdżam w dół. W pewnej chwili poczułem, że lecę między gwiazdy! Dogonił mnie inny – szybszy pojazd, zaczął hamować zauważywszy mnie dopiero za wzniesieniem.
Ja jechałem jakieś 50 mil/h na hamulcu silnika, on 75. Różnica 25 mil na godzinę i duża różnica ciężaru spowodowała uderzenie w tył mojej naczepy. Miałem załadowane tylko 1/3 naczepy. „Pośpieszny” jechał Ryferem z pełną szafą chłodniczą. To, że miałem mniej niż połowę towaru w naczepie uratowało mi życie. Uderzenie zostało zamortyzowane konstrukcją naczepy. Wszystkie osie zbiegły się razem. Pudło otwarło się jak kwiat w obie strony. Miałem opuszczoną osłonę oczu chroniącą przed światłami, która uratowała mnie przed rozbiciem głowy o szybę. „Pośpieszny” miał mniej szczęścia! Stracił przednie zęby żuchwy i szczęki o koło kierownicy.
Po zatrzymaniu się na poboczu wypadłem z kabiny na drogę i na czworaka uciekłem do rowu. Byłem w szoku. Przyjechała policja, świecąc mi w oczy latarkami, pytali czy mogę odprowadzić, to co zostało z ciężarówki do najbliższego zjazdu z autostrady. Tarasuję przecież jedna z najbardziej uczęszczanych dróg na świecie! Przez kilka chwil korek sięgał już 10 mil. Zgodziłem się. Widok, który zobaczyłem przeraził mnie. Cała autostrada, od mojej ciężarówki aż po wierzchołek wzniesienia, zasłana była śnieżnobiałymi trupami. Helikopter policyjny oświetlał bladym słupem światła całe to grunwaldzkie pole. Wyglądało na to, że roztrzaskał się szkolny autobus wiozący dziewczynki do pierwszej komunii. Nogi się pode mną ugięły. Policjanci podtrzymali mnie krzepko pod ręce. Cały czas wydawało mi się, że płynąłem nad ziemią. Po chwili dotarło do mnie, że to nie trupy pensjonarek. To były tusze owcze owinięte w płótno (podobnie, jak wożona chłodniami PEKAES argentyńska wołowina z Niemiec do Moskwy), które wypadły z chłodni.
Skołowanego jak z kacem pod sufit wsadzili mnie do kabiny. Na „smyka” ciągnąłem majdan w asyście kilku samochodów policyjnych na najbliższy parking.
Nie badano czy byłem pijany. Na przerażonej twarzy miałem zapisane wszystko.
Jeszcze tego samego dnia musiałem wrócić do Chicago na przesłuchanie i załatwienie formalności. Dano mi spokój dopiero wtedy, gdy znaleziono mnie śpiącego pod biurkiem.
Jeszcze tydzień nie mogłem dojść do siebie. Nie była moją wina – stwierdzili. Uderzony zostałem z tyłu.
Jakiś czas jeszcze podczas snu, miewałem wizję tego zdarzenia, po przebudzeniu i uspokojeniu łomoczącego serca, zasypiałem na powrót kamiennym snem już bez zwidów.

Ed Pleva