Być kierowcą – Maciej (1)

Mam na imię Maciek i na pracę kierowcy byłem praktycznie skazany. Tata jest kierowcą od 1977 r. więc jako dziecko jeździłem z nim w trasy i nie wyobrażałem sobie robić w dorosłym życiu nic innego… Zaraz po ukończeniu liceum zapisałem się na kurs prawa jazdy i zacząłem jeździć pod okiem taty. W 1999 r. dostałem od niego Liza z przyczepą. Oczywiście musiałem mu go spłacać w ratach, ale wraz z autem dostałem też pracę na niego więc nie było problemu. W 2000 r. tata zlikwidował transport, a ja przejąłem dodatkowo Scanię 141 z naczepą i bawiłem się dalej w swoje usługi. Po roku, firma dla której jeździłem popadła w kłopoty, a ja nie chciałem ryzykować i również zlikwidowałem swój transport. Zatrudniłem się jako kierowca w firmie budowlanej jeżdżąc po kraju. Pod koniec 2003 r. za namową przyjaciela (też kierowcy z warszawskiego Pekaesu) złożyłem podanie do największej wówczas firmy transportowej w Łodzi zajmującej się transportem międzynarodowym. Szanse na przyjęcie były znikome, bo w tamtych czasach dostać się na międzynarodówkę to było coś, a poprzeczka była stawiana wysoko. Po około 2 tygodniach otrzymałem telefon z pytaniem, czy nadal jestem zainteresowany pracą, a jeśli tak to mam się stawić, by omówić szczegóły. Musiałem zagrać vabank. I zagrałem…