#4 WSPOMNIENIA EDA – KIEROWCA W WOJSKU

Zaszczytny obowiązek

W październiku 1963 r. upomniała się o mnie armia (zaszczytny obowiązek). Wcielili mnie do RWNCz (ruchome warsztaty naprawy czołgów) Szczecin-Głębokie.

Po unitarnym, wynoszeniu peta na kocu 30 kilometrów na poligon, jako mechanik  regulujący czołgu i kierowca z drugą kategorią prawa jazdy dostałem fuchę – zostałem postawiony do dyspozycji zastępcy dowódcy. 12. Dywizji Piechoty Zmotoryzowanej im. Otokara Jarosza (narodnyj gieroj CSRS) pułkownika Skowronka (był zastępcą, do spraw technicznych). Byłem jego osobistym kierowcą (jak stangret za sanacji). Jako ciekawostka, dowódcą dywizji był Wojciech Jaruzelski, widywałem go co dnia – sztywniaka.

Mój „stary” okazał się przyzwoitym człowiekiem, nie miałem z nim żadnych „pierepałek” – ani, on ze mną. Zadanie moje polegało na wożeniu go z jego domu na Pogodnie do dywizji, po inspekcjach i na dziwki. Także rodzina „starego” korzystała z mych usług. Żona + dwie córy (studiowały na AM).

Mój boss nie był za tęgim opojem, ale też i nie gardził. Lubiłem go za specyficzne poczucie humoru. Wabił mnie „Robaszku” – zresztą, do wszystkich niższych rangą zwracał się podobnie.

Normalny dzień, zaczynał mi się o godz. 7.00 rano. Nie obowiązywała mnie pobudka, ani żadne tam wojskowe głupoty. W RWNCz służyło 45 „szwejów” + dowódca – pułkownik, zastępca – major, politruk – Wojtun (pociecha jakich mało w życiu spotkać można), dwóch kapitanów dowódców drużyn mechaników i zbrojmistrzy. No i oczywiście, matka jednostki – szef kompani – plutonowy Jurek.

Mała dygresja na temat politruka. Zdarzyło się, że miałem okazję uczestniczyć w jego politycznym kaznodziejstwie. Kapitan Wojtun, jak go potrzeba naszła (a nachodziła, niestety, często) wyjmował chusteczkę, odwracał się do kąta i smarkał – po czym (uwaga!) z powrotem odwracał się do widowni, ostentacyjnie przez czas dłuższy oglądał zawartość chusteczki, a następnie równie ceremonialnie i ostentacyjnie ją składał… Rzec by można swoista idiosynkrazja… Nie zrozumieliśmy do końca tego rytuału. Podejrzewano, że kiedyś wysmarkał coś cennego i miał nadzieję na „replay”. Ja jednak skłaniałem się ku teorii, że chciał nam pokazać, że jednak smarka w chusteczkę a nie w rękaw czy na podłogę. Podobnie, trafiłem na dwóch panów w głogowskim RKU skąd przyszło wezwania bym się tam stawił (żona odebrała wezwanie gdy byłem gdzieś w Iraku). Starsi panowie siedząc w pokoju czekali na wojnę. Chcieli mi odświeżyć wojskowy krok i na „wsiakij słuczaj” przypomnieć wojsko. A że nie byłem ciekaw nowinek, wyciągnąłem z torby flaszkę węgierskiego rumu „Portorico” (półtora litra 75 „koni” z Baltony) i „pietucha” z rożna na „zakusku”. Po dwóch kolejkach dali mi cały mój skoroszyt bym wziął go sobie na pamiątkę!

W RWNCz tylko spałem i garażowałem. Patrzyło bractwo z jednostki na mnie z zazdrością. Nikt do mnie nie skakał woziłem przecież „bat” na ich dupę. Nie pyszniłem się tym faktem, starałem się być koleżeński i uczynny. Żyłem z kolegami po przyjacielsku, bo przecież każdy z nas był tu z przymusu. Po porannych „oblucjach” (na śniadanie nie chodziłem) siadałem w wymytą i zatankowaną (chłopaki dbali o to, bo zawsze pod moim siedzeniem była flacha „zielska”) Warszawiankę i gnałem pod willę „starego” na Pogodno. Ładował się stary, dziewczyny z tyłu i wiozłem bosa do dywizji, a dziewczyny na uczelnię albo odwrotnie. „Stary” mówił co mam dalej robić. Przeważnie jechałem po „mamuśkę” (jego żonę) i wiozłem ją do „psiapsiółek” na ploty. Mówiła mi, o której mniej więcej skończą pytlować. A ja w „miasto” (trzeba było z czegoś żyć). Bawiłem się w taryfiarza. Raz WSW zabrało mi kwity (rozkaz wyjazdu) i przynieśli „staremu” w zębach. Byłem wy-prowiantowany w swej jednostce. Wszyscy kucharze we wszystkich jednostkach dywizji (po pewnym czasie) znali mnie i darzyli „uczuciem” – oczywiście, nie za darmo, „Łzy Sołtysa” miały swoją wymowę. Nie jeździłem głodny, zawsze „cuś” na czarną godzinę się znalazło. Nieraz i „stary” korzystał z mej spiżarki, jak byliśmy dalej od zaplecza, a zgłodniał. Słusznej postury był, ważył dobre ponad 120 kg więc potrzebował „paliwa”.

Mnie traktował jak lubianego psiaka. Rodzinę jak udzielny książę. Nie było źle, nawet kilka razy byłem zaproszony do „ołtarza”. Brałem to wszystko jako epizod w mym życiu.