BYĆ KIEROWCĄ – OLA – PRAWO JAZDY

Pewnego razu, tato przyjechał z trasy i oświadczył mi, że zaczęła w firmie jeździć dziewczyna z chłopakiem. Szok był u mnie nie mały. Dodał, że pół prawka miała „sponsorowanego”, bo robiła przez Urząd Pracy. Chyba się domyślacie gdzie byłam na następny dzień. Panie w urzędzie na początku myślały, że żartuję. Byłam pierwsza kobietą u nich, chcąca zrobić prawo jazdy na „duże”. Ale się udało. Kursy teoretyczne na kat. C przebiegły fajnie. Bardzo miło wspominam szkoleniowców i chłopaków, z którymi na nie uczęszczałam. Cyrki zaczęły, gdy przyszedł czas na jazdy. Dostałam „pana nauczyciela”, który postanowił mnie nie uczyć, bo jestem kobietą! Na miasto wyjechałam dwa razy, a zajęcia na placu wyglądały tak, że pan sobie siedział w kantoru, a koledzy z kursów pokazywali mi co powinnam robić na egzaminie. Dramat! Tydzień przed egzaminem, dotarło do mnie, że unoszenie się honorem i dumą w tym wypadku nie pomogą i poskarżyłam się tacie. Na szybko dokupił mi godziny w innym ośrodku. Nowy instruktor się załamał i oświadczył: „Dziewczyno, ty nic nie umiesz”. Zawzięłam się bardzo, nie chciałam dać satysfakcji temu męskiemu szowiniście. Pełna koncentracja na zaledwie 6 h i udało się zdać za pierwszym razem . A na wspaniałego „nauczyciela” poszła obszerna skarga.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym C+E zrobiła bez przygód. Kursy przeszły spokojnie, za to ciekawiej było z egzaminem. Po 30 minutach jazdy, egzaminator (najsurowszy z całego MORD-u) oświadczył mi, że w sumie to nie opłaca mu się teraz wracać do ośrodka, bo by musiał wziąć kolejnego gościa, więc on woli sobie ze mną pojeździć jeszcze pół godzinki i skończyć pracę. Niby komplement, no ale… Ponad godzinę jazdy po mieście, milion połączeń od zdenerwowanych rodziców, a o swoim stresie nie wspomnę.