#9 WSPOMNIENIA EDA – EGZAMIN W BŁONIU

Marzenia się spełniają

Jeżdżąc mijałem nieraz Volva z PMPS PEKAES. Podobały mi się. Zacząłem się tym interesować. Na naszą zajezdnie zajeżdżały tankować paliwo.

Któregoś razu podszedłem do kierowcy Volva, by zadać mu kilka pytań na interesujący mnie temat. Rozmownym nie był. Odpowiadał na pytania, ale odnosiłem wrażenie, że gadam ze św. Piotrem przed Bramą Niebieską. Dowiedziałem się jednak to, o co mi chodziło. Przy pierwszej okazji wstąpiłem do Błonia i poszedłem do kadr popytać co i jak. Dali mi wszystkie papiery potrzebne do przyjęcia. Było tego od cholery. Po dokładnym zapoznaniu się z wymogami… uznałem, że jestem w stanie sprostać stawianym tam wymogom. Jadąc w stronę domu rozmarzyłem się o dalekich podróżach za kierownicą takiego Volva. Kilka wiader zimnej wody spotkało mnie w domu. Wiedziałem, że lekko mi nie przejdzie przekonać żonę do zrealizowania mego celu. Tylko wspomniałem. Oniemiałem, jeszcze jej takiej nie widziałem – tajfun, tornado, burza gradowa, gromy z nieba! Jednym słowem rozpętało się piekło. Położyłem uszy po sobie i cichutko ulotniłem się z domu. Ba, ale już mi ta myśl nie dawała spokoju. Ziarno zostało posiane.

Po cichu, kompletuję „papiery”. Gdy były gotowe, podrzuciłem je do Błonia. Kazali mi czekać na egzamin wstępny. Dowiedziałem się jeszcze, że w najbliższym czasie firma dostaje nową dostawę samochodów marki Volvo. Podałem im adres na PKS, w którym jeździłem, żeby nie drażnić żony. W lubińskim PKS już inaczej na mnie nie wołali tylko „tirowiec”. A wołajcie sobie, ani to obraźliwe ani żadna ujma dla mnie. Jedynie, zobowiązujące. By honor nie ucierpiał muszę pokonać ten „Mount Everest”!

W końcu przyszło zawiadomienie o terminie egzaminu wstępnego. Załadowałem „prochy”, by po drodze wstąpić do Błonia na wstępny egzamin. Zdawało się go z jazdy. Kurs „ogórkem” po Warszawie z bujanym na wszystkie strony siedzeniem kierowcy, które było rzeczywistym sprawdzianem przy zmianie biegów. Dwa zgrzyty eliminowały amatora (depczącego sprzęgło – zamiast – odczekania spadku obrotów silnika, gdy należało zmienić bieg na wyższy, lub szczęknięcia – przygazówki – na niższy), na tę mlekiem i miodem płynącą robotę. Z przepisów ruchu drogowego i z języka obojętnie jakiego, byle zachodniego (a w szkole wszak go nie uczyli). Nie wymagali tego dużo, proste zdania; jak zamówić jedzenie w restauracji, załatwić hotel (jakby diety były na tę miarę). Takie tam niedorzeczności. Dopiero później okazało się, że znajomość języka to nie prostowanie gwoździa. Poliglotą nie byłem, ale zdałem z angielskiego i nawet… z niemieckiego.

Kazali czekać na zawiadomienie o kursie. Kurs był dwutygodniowy (trzeba było wziąć urlop w miejscy pracy). Po kursie egzamin, czyli sprawdzenie czego nauczyli, a co zostało w głowie.

Najważniejszy jednak dla mnie problem do rozwiązania jaki stał przede mną był ten jak przekonać żonę? Byłem jak synek – łobuziak, który coś zbroił i boi się o wymiar kary. Zacząłem nieśmiało coś ględzić, wzdychać, kaszlać w nocy… Widziała, że się męczę, tym bardziej, że sama wcześniej dowiedziała się moich planach. Była, jest i będzie kochana! To mój najlepszy przyjaciel, doradca, powiernik. Matka moich dzieci i prawdziwa żona.

Przyszło zawiadomienie, że mam się stawić na kurs. Siadłem w „Daćkę” (mieliśmy takie wozidełko jest w stopce z workami pełnymi wspomnień) i wio do Błonia.

Tydzień trwał kurs z przepisów granicznych, odpraw celnych, obsługi agregatów chłodniczych Thermo King i innych drobnych, a potrzebnych przepisów i ogólnych zachowań w tej firmie: „Panowie, tylko łyżeczką. Łyżeczką!”. Z budowy samochodów używanych w firmie. Na miejscu był hotel i stołówka.

Następny tydzień mieliśmy próbne jazdy na sprzęcie firmy w ośrodku rekreacyjnym firmy pod Kielcami.

Egzamin końcowy zdali wszyscy. Myślę, że już nikomu nie chcieli robić krzywdy – wiedząc, że każdy uczestnik tego kursu, będzie oddanym pracownikiem PMPS PEKAES.

Można było zatrudnić się od zaraz – na warsztat, albo czekać aż przyjdą samochody. Wybrałem drugą wersję. Po dwóch miesiącach, 11 dni przed moimi urodzinami stałem się kierowcą Przedsiębiorstwa Międzynarodowych Przewozów Samochodowych PEKAES. W Lubińskim PKS-ie przepracowałem 7 lat. Pożegnanie było wzruszające.