DZIEŃ W TRASIE – LESŁAW – UROKI ZIMY (1)

Mam na imię Lesław, a że mam chwilę czasu, więc napiszę krótko o początkach mojej kariery zawodowej, żeby „młoda wiara” wiedziała, jak kiedyś się pracowało.

W latach 60. jeździłem rożnymi samochodami, głównie Żubrem, a potem MAZ-em w Transbudzie. W tamtych czasach nie istniał płyn niezamarzający do chłodnic i dopiero w latach 70. dla cywilnych firm zaczęto sprowadzać tzw. Borygo. Była to namiastka płynu, który miał, niestety tę wadę, że układ chłodzenia mocno rdzewiał i często ciekła pompa wodna. Tak więc do czasu nadejścia „Borygo” układ chłodzenia zalewany był wodą. W zimie procedura w związku z tym wyglądała następująco; po pracy otwierało się dwa kraniki spustowe, jeden z bloku, drugi z chłodnicy. Trzeba było oczywiście położyć się przy tym pod auto. Jednocześnie trzeba było odkręcić korek wlewu, aby nie powstało podciśnienie, gdyż wtedy woda by nie zeszła. Następnie gdy już przestało „ciurkać”, trzeba było ruszyć starterem; jeden, dwa obroty silnikiem, aby wyrzucić resztkę wody z pompy wodnej i po chwili trzeba było znowu „zanurkować” pod auto, aby pozakręcać oba kraniki, gdyż następnego dnia byłyby one zamarznięte i niemożliwe do zakręcenia. Potem szło się na piwo…

cd. już jutro