#11 WSPOMNIENIA EDA – PIERWSZA TRASA ZA GRANICĘ

fot. Volvo F89 z przyczepą Teyo na tle Arraratu – Turcja.

Miła recepcjonistka zapisała mnie na nocleg. Zaniosłem swoje rzeczy do pokoju i poszedłem na kolację do pobliskiej restauracji. Po powrocie p. Danusia (recepcjonistka) powiedziała mi, że kierowca, z którym mam jechać już jest i siedzi na sali telewizyjnej. Podszedłem tam. Zapach dobrych papierosów i wód po goleniu utwierdził mnie, że jestem coraz bliżej Zachodu. Odnalazłem kierowcę, przedstawiłem się. W wymianie spojrzeń zauważyłem ciekawość w jego oczach. Wydał mi się „równy gość”. Po wymianie kilku zdań na interesujący nas temat, poszliśmy spać.

Rano, nie zrywaliśmy się wcześnie, ponieważ Staszek (mój nowy kolega) rozliczał się z podróży do RFN-u. Było kilka sekcji, weryfikacja, paliwo, dewizy, BRD, paszporty. Słowem, trochę latania.

Zadzwoniłem do domu i uprzedziłem żonę, że będziemy mieli gościa na obiad. Jechaliśmy do Bielska-Białej z ładunkiem blachy. Po rozliczeniu ruszyliśmy. Było to Volvo z przyczepą Teyo.

Podobała mi się Staszka jazda i zachowanie na drodze. Już też miałem kilkunastoletnie doświadczenie za kierownicą więc nie byłem zielony w temacie. W domu byliśmy w sam raz na gorący obiad. Po obiedzie kawa i luźna rozmowa. Staszek zaspokoił kilka pytań żony i pojechaliśmy dalej.

W Bielsku byliśmy późnym wieczorem. Nocowaliśmy w Hotelu „Prezydent”. Kolację zjedliśmy po drodze. Zastanowiło mnie to, że Staszek od recepcjonistki pożyczył dwie szklanki. Po przyjściu do pokoju, po umyciu się zaproponował po „małym”. Wyciągnął z nesesera „Cezara” (litrowa flacha jugosłowiańskiego koniaku). Przegadaliśmy do rana, herbaty wypiliśmy wiadro, Cezar wsiąkł również. Od Staszka dowiedziałem się o wiele więcej jak na firmowym kursie. Staszek był z Woli, warszawiak z dziada pradziada. Nie żyje. W Belgi, w Ostendzie przechodząc przez ulicę, potrącił go śmiertelnie jakiś pirat drogowy.

Po rozładunku podwiozłem Staszka do Katowic na dworzec PKS-u. Pojechał do domu liniowym autobusem. Powierzył mi samochód i obowiązki. Miałem załadunek następnego dnia we Wrocławiu w Hutmenie, pręty mosiężne do Francji.

Do Słubic jechałem przez Lubin, dwie doby w domu. W niedzielę o umówionej godzinie byłem w Słubicach. Staszek w umówionej restauracji już czekał na mnie.

Okazało się, że jadę już za granicę – do Hamburga. Inny kierowca przywiózł mój paszport i właśnie z nim mam jechać. Byłem zaskoczony, ale i zadowolony. Przygotowany byłem na jazdy po kraju, a tu raptem tylko dwie jazdy i już jadę za miedzę.

Przeniosłem manele z hotelu do auta i w drogę. Do pełni szczęścia brakowało tylko żeby partnerem był Staszek – ba, na układy nie ma rady. Jedziemy. Kolega okazał się być „dystansowcem”. Każde zdanie zaczynał od „kolegi”. Nie będę pisał o nim, bo nic nie pamiętam. Słaby zawodnik i na drodze i w gadce. Nawet przez „mgłę” nie mogę sobie go przypomnieć – za to, pierwszą jazdę za granicę jako kierowca, pamiętam dokładnie.