#12 WSPOMNIENIA EDA – PIERWSZA ODPRAWA GRANICZNA

fot. Przejście graniczne w Świecku.

Z zajezdni w Słubicach do granicy było tylko 5 km. W Świecku na przejściu, odprawa paszportowa i celna. Paszporty kontrolował polski oficer WOP. Wziął ten mój paszport, uważnie i głęboko zajrzał w oczy a paszport wsadził gdzieś między nogi i nim coś tam chachmęcił, nie było widać. Następny, to oficer „Grentz Policai”. Ten tylko przyłożył pieczątkę w paszport. Następnie UC Polski sprawdził plomby celne założone przez celnika przy załadunku i oddarł kartę z Karnetu TIR, to samo zrobił celnik niemiecki. Most na Odrze i jesteśmy w „dodatku do rancza” = (DDR).

Autobahn jeszcze po Hitlerze do obwodnicy Berlińskiej był dobry – od – makabra. Ruch tranzytowy z RFN zrobił z tej autostrady rzekę zamarznięta podczas sztormu. Trzeba było jechać bardzo umiejętnie i ostrożnie – szybciej – resory zostawały na drodze.

Halmsted, granicą między jednym narodem zaczynała się 3 km od właściwej granicy. Płot z siatki metalowej, następnie pas ziemi zabronowanej, na nim co 50 m słupy oświetlające ten pas. Budy z psami i wartownicy na wieżach dopełniali ten landszaft.

Na odprawie celnej pies był najważniejszym pracownikiem tych służb. Wyglądało to wszystko tak, jak by zastępy głodnych i spragnionych z zachodu miały się wedrzeć do krainy mlekiem i miodem płynącej. No cóż, co kraj to obyczaj – ustrój (tfu). Spojrzenia funkcjonariuszy ponure i groźne – dlaczego?

Most i jesteśmy w tym gorszym świecie. Oficer straży granicznej na „kogucie” (budka z okienkiem na wysokości okna kabiny) uśmiechnięty, zadowolony z życia. Sprawdził paszporty i życzył szczęśliwej drogi. Na Urzędzie Celnym odprawa zajęła nam chwilę. Jazda po prawdziwej autostradzie była przyjemnością. W Hamburgu byliśmy rano. Po rozładunku butelek w hamburskim browarze, jedziemy po ładunek do Ludwigshafen. Kolega widział, że nie jestem kamikaze. Położył się spać.

Jadąc rozmyślałem, rozglądałem się po mijanych okolicach i doszedłem do prostego wniosku, że to myśmy te wojnę przegrali. Kolega obudził za Frankfurtem am Main. Zmieniliśmy się. Po kilku minutach wrażenia, zmęczenie, miarowy szum silnika uśpił mnie. Po przyjechaniu na miejsce pod załadunek, szybciutko wskoczyłem w śpiwór. Rano, po załadunku ruszyliśmy w drogę powrotna. Późno przyjechaliśmy do Braunshwick pod „Żydow”, żeby rano zrobić zakupy. Były tam 3 sklepy z ciuchami; Waldek, Królak i Fredi. Waldek to Ślązak. Królak był bratem słynnego Stanisława kolarza. Który też był kiedyś kolarzem, ale… pojechał do RFN-u się ścigać i został. Słyszałem, że Stanisław jest najbogatszym Polakiem w Las Vegas. A Fredi to holenderski Żyd.