#13 WSPOMNIENIA EDA – TYM RAZEM WSCHÓD

Po pierwszej trasie na Zachód, po powrocie do Słubic z ładunkiem korundu z Ludwigshafen, partner z tej trasy – niejaki Ozdobiński „warszawiak” – zostawił mi rozliczenie z podróży i rozładunek (gdzieś w okolicach Marek, nie pamiętam nazwy zakładu), a sam pojechał do domu z Kunowic pośpiesznym Paryż – Moskwa (mieszkał w Morach). Pognałem rozładować. Po drodze, wstąpiłem zatankować w Błoniu i do dyspozytorni. Maciek – mój „dyspacz” – kazał mi zjechać po rozładunku do Błonia, bo zostałem przydzielony na inny wóz. Mam nowego gospodarza i auto: Volvo F89 z przyczepą z zabudową Shenk. Roman Zembek (z Mińska Maz.) był 8 lat starszy ode mnie. Zaczynał jeszcze przy ul. Syreny na Pegaso.

Mój nowy gospodarz wozu (tak to się w firmie nazywało), zapisał mi się w pamięci jako ktoś, z kim musiałem się spotkać – chociaż, nie miałem na to ochoty. Nie jestem wybredny, ale nie bardzo mi harmoniowała ta spółka (czasami z żoną się nie zgadzasz, a co dopiero z obcym chłopem). Był słusznych rozmiarów… i wg niego słusznych nawyków. Wciąż trzymał prawą rękę w bocznej kieszeni służbowej marynarki munduru – nawet, podczas jazdy – zmieni bieg i ręka do kieszeni, czy chodząc po ziemi. Miał określone menu jakie zabierał w trasę; bochen chleba, „knut” kiełbasy zwyczajnej (średnica 8 cm i długość 25 cm. Dziś takiej nie ma, to był konsumpcyjny relikt PRL-u) w papierzanym flaku i trzy litrowe „Anki na leżąco” do popicia.

W sumie – mimo tych nawyków i szorstkości w obyciu – dotarliśmy się jak panewka z wałem, by wspólnie pracować z sukcesem. Dało się żyć.

Mój Roman, uczestniczył w misji przywracania do ruchu na ulicach Warszawy aut Fiata 131 „Mirafiori”, jakimi jeździła „elita sztolicy”. Za diety (i nie tylko) dostarczał części i podzespoły do tej marki, niesprawnych technicznie, samochodów właścicielom (każdy orze jak może i potrafi).

Głównie obrabialiśmy „wystawki” na Sokolnikach (dzielnica Moskwy), gdzie trwała cały rok wystawa techniki radzieckich inżynierów, w której również, prezentowały swoje osiągnięcia inne kraje. Jadąc z taką wystawką z RFN, Roman był osowiały, jechać nie chciał tylko leżał na łóżku i stękał. Miał „gorączkę”. W Błoniu, mój „dyspacz” Maciek Burczyński zapytał czy sam pojadę do Moskwy? Zgodziłem się. W Siedlcach, połaziłem po sklepach żeby kupić jakieś „fanty” do wymiany na ruble. Miałem od „żyda” kilka peruk, zończyków, rajstop i „tygodniówek” (majtki damskie).

Na odprawie w Briest „Barysznia” (oficer pograniczników) wystawiała „wizę” (ćwiartka strony zeszytu ze stemplem) powiedziała mi, że  mam pilnować tego dokumentu jak oka w głowie, bo jak zgubię to broda urośnie mi do pasa zanim opuszczę „sajuz”. Schowałem ten kwit głęboko i ruszam na Moskwę. Szosa za Briestem szeroka jak w Polsce cztery, ale tylko kilka kilometrów, dalej normalna, wąska wyboista i taka była aż do Mińska – za, było szerzej. Stanąłem na nocleg w Kobryniu. Był przy drodze hotel w takim „Dworku”, który kojarzył mi się z tym z książki Mari Dąbrowskiej „Noce i Dnie”. Były to tereny dawniej polskie, aż za Stołpcami (30 km) była dawniej granica. Dostałem „apartament”, który składał się z żelaznego, wojskowego łóżka, małego stolika i krzesła, na którym stała miednica i pogięte cynkowe wiadro z woda do mycia (może na kaca?) dopełniało reszty. Ale na stoliku stały świeże polne kwiatki w słoiku po południowych owocach (kiszonych ogórkach). Te kwiatki stwarzały przyjacielski, taki swojski, domowy klimat. Nie byłem wychowany w luksusach, podobał mi się ten wystrój. Była tam też mała Gostinica” w tym dworku. Poszedłem coś zjeść. Kelnerka zaproponowała; „rasolnik z kuricy” i „Rozbief” – poprosiłem.

Liche to było, ale zawsze coś ciepłego. By było „wkusne” w kącie jadalnej salki patifon zaiwaniał „czastuszki”. Prócz mnie, na sali było kilku konsumentów znudzonych budową komunizmu. Po posiłku zrealizowałem rachunek i pytam „oficziantku: czy chce posłuchać jakiej w Polszy słuchają muzy? Da, da – przytaknęła. Przyniosłem zakupiona w Siedlcach płytę Patrika Simone „Ramaya” i inne popularne u nas wówczas longplaye. Puściła na cały regulator i solo w tany! Sprzedałem tego „longa” z górką.