DZIEŃ W TRASIE – MARYSIA ZIMĄ NA KOPALNI (2)

Przygód w pracy kierowcy zawodowego jest mnóstwo, tym bardziej, jeśli kierowcą jest kobieta.
Kilka razy zdarzyło mi się, że ochrona w danej firmie nie chciała uwierzyć, że to właśnie ja przyjechałam zestawem. Jednemu panu na kopalni o mało co nie musiałam pokazać swojej ciężarówki na parkingu, bo cały czas był przekonany, że jestem pasażerem kolegi i mi tutaj być nie wolno.
I właśnie a propos kopalni, wspominam swój chyba najgorszy załadunek, bardzo ciężki dzień. Zima, ciągłe opady śniegu, ślisko. Dojechałam na kopalniany parking, gdzie bardziej, niż ilość samochodów oczekujących w kolejce przeraziła mnie objętość śniegu. Po paru ładnych godzinach oczekiwania już miała być moja kolej na wjazd, więc trzeba było wyrzucić zalegający śnieg z naczepy. Plandeki nie mogłam mieć założonej, bo nie mogłabym jej zwinąć przez ciężar. To było małe piwo i rozgrzewka przed dalszymi wrażeniami.
Wyjazd z parkingu na teren kopalni był katastrofą, a jeszcze gorzej było, kiedy trzeba było wyminąć się z ciężarówka z naprzeciwka na wąskiej, oblodzonej drodze dojazdowej… W końcu udało się dojechać do bramy, gdzie moje nerwy znów rozgrzał pan ochroniarz uznając, że tę małą garstkę zalegającego w rogu poprzedniego materiału muszę wyrzucić. Nic nie było by w tym złego, gdyby nie mój kończący się, piętnastogodzinny czas pracy…

Tam znów kolejka do wagi, później kolejka aut do załadunku, gąszcz samochodów pełzających po śliskich płytach betonowych, z których spadało się w małe rowki i wyjazd z nich był bardzo trudny bądź niemożliwy. Dwa zestawy już były zablokowane, a sprzętu to wyciągania brak. Niestety, u mnie delikatne muśnięcie pedału gazu i siup z płyty, na szczęście udało mi się wygrzebać i… ustawić się w następną kolejkę aut… Wtedy też skończył się mój czas pracy, ale nie miałam możliwości wyjechać. Z każdej strony stała ciężarówka. Postanowiłam się załadować mimo to, ale kiedy w końcu przyszła moja kolej załadunku wpuściłam kolegę przed siebie. Kiedy ustawiłam się w męczarniach na załadunek (wjazd na wagę złamanym zestawem pod górę i lodowa nawierzchnia) pani oznajmiła, że ładuje już inny asortyment… Byłam tak zmęczona, że nie miałam siły się denerwować, jedynie nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Czas był mocno przekroczony, więc tylko wywinęłam się w wolne miejsce i… poszłam spać. 9 godzin pauzy pod kopalnianym lejem. Nigdy więcej.

Ta praca, poza samą jazdą, wiąże się z długim oczekiwaniem, nerwami, awariami, gdzie nie ma podziałów na płeć i czy ktoś ma lepiej, czy gorzej. Liczę się z tym, że jeszcze niejedna przygoda przede mną, a póki co jedyną większą awarią był wystrzał koła w naczepie i niech tak pozostanie…