36# WSPOMNIENIA EDA – WIZYTA W „CZYŚĆCU”

Zawsze, na europejskiej stronie Bosforu, zanim udałem się na zakupy, odwiedzałem znaną mi Hammam – turecką łaźnię parową, super-wynalazek sprzed wieków. Odświeża skórę i umysł niezależnie od ilości IQ. Spróbujcie przy okazji. Polecam!

Nie było wówczas nic lepszego po rejsie na Bliski Wschód czy Iran, a i wejść głębiej w życie tubylców w stambulskie życie w „pełnym rozkwicie”. Wszechobecni naganiacze i sprzedawcy w butikach głośno zachwalający swój towar, uliczni sprzedawcy smakowitego pieczywa obsypanego sezamem, owoców i orzeszków, czyścibuty, chłopcy roznoszący na srebrnych tacach małe szklaneczki z herbatą. Wydawać by się mogło, że wszędzie tam panował chaos, ale to nie prawda, bo przecież to tylko ja nie mogłem na początku się w nim odnaleźć. Każdy z tubylców zna w nim swoje miejsce, swoją rangę, swoje zadanie do wykonania i wykonuje je – trzeba przyznać świetnie, szybko i sprawnie.

Za którymś razem, łażąc z koleżką po tym chaosie w wąskich, oddalonych od głównych arterii przecznicach, tam gdzie nie spotyka się prawie turystów, gdzie na uliczkach bawią się umorusane dzieciaki, a w warsztatach rymarskich i szewskich produkowane są wyroby, które sprzedawane są nieopodal w nastawionych na odbiorcę sklepach. Zaproponowałem koledze łaźnię. Miał pewne opory, ale uległ. Mała, zakamuflowana, wybitnie nastawiona tylko na obsługę miejscowej klienteli, z osobnym wejściem dla mężczyzn i kobiet. Chciałem wleźć pod opiekę wyglądających z wejścia dwóch solidnej postawy Turczynek okutanych w ręczniki, ale te – z jazgotem, pokazały nam wejście inne. Zrezygnowaliśmy z uporu i wleźliśmy tam gdzie nas skierowały te rosłe babska. Zostajemy porwani przez trajkoczącego Turka. O żadnej dyskusji nie ma mowy. Na migi pokazują kabinę gdzie mamy się rozebrać. Po wyjściu z kabiny – nadzy, zostajemy sami w pomieszczeniu, w którym z wyłożonych marmurem ścian, zaopatrzonych w metalowe kraniki płynie gorąca i lodowato zimna woda i, nie wiadomo skąd pojawiają się kłęby pary. Po kilkunastu minutach parówy zostajemy wyszorowani gąbkami niczym papier ścierny do rdzy, i znów na przemian; porcja ciepłej i zimnej wody oraz mycie połączone z masażem. Czuję, że rzeczywiście zostałem ulepiony z gliny. Każdy ucisk, który aplikuje mi rosły Turas jest mocny i nie ma nic wspólnego z delikatnością.

Zmiana pozycji zapowiadana jest głośnym i bolesnym klapsem w pośladek. Ze zgroza obserwuję zostająca na rękawicach naszych oprawców skórę. Potem masaż. Czuję się jakbym stał się ofiarą operatora sieczkarni połączonej z prasą, który powoli, metodycznie rozgniata moje jestestwo. Niemniej jednak czuję się jak w raju. Wystarczy tylko zamknąć oczy, by poczuć się jak jakiś sułtan. Wokół marmury i szum wody, a wyobraźnia podsuwa resztę; piękne ciuchy, wonne olejki, liście palm i nałożnice… Po wyjściu z tego tureckiego przybytku, tubylcy patrzą na nas jak na atrakcje. Po chwili ich nie ma. Jeszcze chwilę walczymy z ogarniająca nas błogością – sprawdzając nasze nowe, czyste ciała, bez żalu zostawiając stare powłoki w łaźni.