NORWESKI, ZIMOWY „CHRZEST BOJOWY” JACKA

Większość z Was miała mnie już okazję poznać w dziale TRUCKER RADZI. Tym, którzy jeszcze nie mieli nie czytali moich porad, krótko jeszcze raz się przedstawię.

Mam na imię Jacek i od blisko 12 lat jeżdżę głównie po Norwegii…

Zima w Norwegii nie odpuszcza. Wiadomo, że doświadczenie jest przydatne, ale początki nie były takie proste i łatwe. Pierwsze jazdy daleko na północ, tu było wyzwanie, większe zimy, trochę gorszy sprzęt itd. Zdarzały się też przygody, trochę niebezpieczne wtedy, ale teraz człowiek trochę z humorem na to patrzy. Dziś opiszę jedną z nich…

Jazda do północnej części Norwegii. Ładunek ok. 18 t, trasa niby prosta więc co może pójść nie tak? Dwa dni jazdy mijały spokojnie, był to koniec marca lub początek kwietnia, ale już za Trondhaim droga zrobiła się biała i sypało coraz mocniej. Im dalej na północ tym śniegu było coraz więcej. Trzeciego dnia parking zasypany, koła do połowy prawie w śniegu, ale udało się wyjechać na drogę bez używania łańcuchów. Po paru godzinach jazdy przychodzi czas, że trzeba zjechać w boczną drogę i coś mi świta, że już tą droga jechałem i tam jest dosyć spora góra i żadnego placu do zakładania łańcuchów. Staję więc na głównej drodze, zakładam łańcuchy i spokojny ruszam dalej, ale nie nacieszyłem się długo jazdą, parę kilometrów od zjazdu szlaban opuszczony, droga zamknięta i napis informujący o konwoju, czyli kłopoty mogą być… I przeczucie nie myliło. Ustawiła się kolejka, minęły ze dwie godziny, ale  jedziemy.

Już na starcie wszystkie osobówki mnie wyprzedziły, ja na końcu. To dobrze, bo przynajmniej nikogo nie będę blokował. Pierwszy niezbyt duży podjazd, a ja zostaje coraz bardziej w tyle, z górki biorę rozpęd i gnam do przodu, bo ta właściwa góra jest przede mną. Jedna czwarta podjazdu i stoję, koła mielą, nie ruszy. Śnieg sypie, wycieraczki nie nadążają zbierać śniegu i co teraz? Trzeba walczyć, bo „Wiking” żywcem mnie nie weźmie, nie dam się. Lekko do tyłu i kolejna próba, ale znów stoję. Powalająca moc auta (380 KM bez blokady mostu, bo po co komu blokada mostu na zimę) nie daje rady. Cofam na sam dół i zakładam kolejne dwa łańcuchy na wewnętrzne koła. Trochę to schodzi i już zaczyna się robić „szarówka”, a do celu tylko 120 km.

W międzyczasie na drodze pojawia się pług wirnikowy, bo normalny nie daje rady. Ja gotowy startuję do kolejnego podejścia i… udało się 50 m dalej podjechać. Mało tego, pług zebrał warstwę świeżego śniegu i został prawie lód, zestaw zaczyna się zsuwać w dół i na przeciwny pas. Jak tu założyć łańcuchy na naczepę i przednia oś w ciągniku? Nie ma takiej opcji, bo mnie wprasuje w ten tunel śnieżny.

Ale z pomocą przychodzi kierowca pługa, zaczepia mój zestaw na łańcuch do mocowania stali i trzyma go, ja zakładam już komplet siedmiu łańcuchów. Udaje się z jego pomocą ruszyć trochę i wyprostować zestaw, odblokować drogę. Dalszą wspinaczkę krótkimi skokami udaje się pokonywać już samemu, na dworze coraz ciemniej, ciekawe czy do rana uda się wdrapać na szczyt (w międzyczasie omija mnie kilka konwojów). Po kilku godzinach „wczołgałem się” na górę i jest kawałek płaskiej drogi, więc można trochę nabrać rozpędu przed kolejnym niewielkim wzniesieniem…  Ale nic z tego, bo coś zaczyna tłuc o nadkole, może urwany łańcuch? Więc dalej pomału, żeby szkód nie narobić docieram do zatoki przed tunelem i szlabanem na powrót, jest już ciemna noc choć godzina chyba trochę po 21.00.

Przemarznięty, przemoczony, nie chce mi się wychodzić i sprawdzać co się stało, ale niestety trzeba, a śnieg sypie dalej. Zaglądam pod auto, a tam łańcuch zasunął się do wewnątrz na siłowniki. No to teraz ani wprzód, ani w tył, tylko trzeba go ściągać. Tylko jak, jak zapięcie łańcucha tak zagięte, że go nie ruszysz. Tylko siąść i płakać ze szczęścia, pozostaje ściągać koła, no ale to już rano i tu znów z pomocą przychodzi kierowca pługa z sugestią, żebym wjechał do tunelu bo do rana mnie tu zasypie. Pokazałem mu w czym problem i po godzinie wspólnej walki z łańcuchem musiał jechać odśnieżać, bo drogę trochę zaczęło zasypywać, ja przemarznięty wróciłem do kabiny, by się ogrzać i coś zjeść. Zmęczony zasnąłem.

O pierwszej w nocy znów kierowca pluga z pomocą, pojechał wcześniej gdzieś na firmę i przywiózł nożyce, którymi przecięliśmy łańcuch, co uratowało mnie przed ściąganiem kół. Rano trochę przestało padać wiec łopata w ruch, trzeba odkopać auto i ruszyć dalej w drogę. Po kilku próbach na łańcuchu od stali zostałem wciągnięty do tunelu i mogłem jechać dalej. Poprawiłem pozostałe łańcuchy na kołach (do celu jeszcze z 80 km) i dostałem kilka rad od kierowcy piaskarki (rano był nowy), że mam przed sobą jeszcze jeden podjazd na jakieś 50 km i jeżeli jeszcze będzie padać, poradził bym stanął na stacji paliw i poczekał do następnego dnia, bo po południu ma przestać padać i wtedy na pewno drogę oczyszczą. I tak było, kolejna dniówka 50 km przejechane i znów postój, bo wolałem nie ryzykować kolejnego stania pod górę. Na trzeci dzień już droga oczyszczona, posypana, ostatnie 30 km do celu bez problemów.

Wtedy na koniec pierwszej zimy w Norwegii miałem dość, 120 km w trzy dni, walka z łańcuchami w śnieżycy, na mrozie. Przeszedłem chrzest bojowy na koniec zimy. Całą zimę szło dobrze, z większymi ładunkami, nie było problemów więc co tu poszło nie tak? Po czasie człowiek doszedł do tego jak ważne jest rozłożenie ładunku i dociążenie osi napędowej.

PODOBA CI SIĘ TEN WPIS?  😎😎😎 POLUB NASZ FANPAGE 😎😎😎  BĘDZIESZ NA BIEŻĄCO!