WSPOMNIENIA EDA – KURS „PEŁEN UCIECH” ZA KOŁO POLARNE

Załadowałem w grodziskiej odlewni żeliwa tuleje cylindrowe do AB Volvo do Torslandii pod  Göteborgem. Po rozładunku – Nordisk (nasz spedytor na Skandynawię) zlecił mi załadunek w Rovaniemi w Finlandii. Zabukował mnie na prom Stena Line w Nynasham. Po zaglądnięciu w mapę… O matko boska! –pomyślałem. Szwecję w poprzek trza, noc promem do Turku, dalej na kołach… Gdzie on mnie gna? No ale świat nie torba, nie zginę. Z Göteborga do Nynas, było prawie 500 km. Dojechałem do Falkoping. Coś nie coś na ruszt i do „wora”. Rano, dalej przed siebie. Przez Stockholm do Nynasham. Niewielki bałtycki port utrzymujący połączenia promowe z portami na Bałtyku. Zgłosiłem się do Nordiska, dostałem kwity na prom, który odbijał o godz. 22.00.
Ustawiłem się w kolejce na wskazanym torze. W międzyczasie zjeżdżali się inni kierowcy na ten prom, który stał już przy nabrzeżu. Była to ładna krypa tej linii. Rozpoznałem dawnego koleżkę, który też przyjechał na ten prom. Kilka miesięcy przedtem – jadąc do Szwecji, stanąłem za Gorzowem (zajazd na górce), żeby coś zjeść. Podjechał Szwed i wszedł do baru. Podszedł do mnie i poprosił o małą pożyczkę, bo nie miał na obiad. Domyślałem się, że panienki – „tirówki go oskubały. Zafundowałem mu obiad, zdarzenie zapomniałem. Teraz on powiedział, że się odwdzięczy za moją przysługę. Zapytał mnie czy już pływałem na tej linii? Odpowiedziałem, że to jest moją dziewicza podróż tą linia w ogóle – zgodnie z prawdą. Przed nami cała noc do Turku.
Po wjechaniu na prom – w recepcji dostałem klucz do kabiny. Koleżka wziął kabinę obok. Kazał mi się szybko odświeżyć. „Idziemy na obiad” – zaordynował. Zrobiłem co kazał. Weszliśmy do restauracji. Menu, lepsze jak za króla Sasa. Zastanowiła mnie dość pokaźna ilość pań żeglujących samotnie. Koleżka powiedział, że te panie szukają uciech na falach Bałtyku.

Po spróbowaniu wielu potraw, poszliśmy do „Piekiełka” na disco. Koleżka wywiązywał się z funkcji Cerbera znakomicie. Zanim się zorientowałem, już byłem na parkiecie w objęciach miłej partnerki, która była Finką.
Dyskusji z partnerką o Kancie czy Gräfenbergu nie proponowałem, bo w fińskim mocny nie byłem, tym bardziej, że to właściwie nie język a gęganie. Dzięki koleżce, który mówił troszku po polsku, przetłumaczył kilka potrzebnych zdań do zawarcia znajomość – z resztą, w takich sytuacjach rozmowa jest zbędną. Po meczących tańcach poszliśmy do sauny z basenem. Żyć nie umierać. Ale trafiła mi się fucha!

Obudziłem się z lekkim psychiczno-fizycznym kacem. Na rozmyślania nie było czasu, dobijaliśmy do Turku. Szybko przeleciałem się prysznicem, pożegnałem partnerkę podróży. Zabrałem swoje bambetle z kabiny i w autko. Prom płynął dalej do Helsinek. Przede mną kawał drogi prawie 2 tys. km. Finlandia jest piękną krainą jezior i lasów. Czym dalej na północ, tym las stawał się niższy przechodził w tundrę. Po dwu dniach byłem na miejscu.

W Rovaniemi „Budimex” budował elektrociepłownię, a po jej skończeniu, zabierał swoje graty do Polski. Mieli ładować ten szmelc 2-3 dni. Dali mi miejsce w hotelu. Zamieszkałem z Jankiem. Był pracownikiem Budimexu, który zamykał budowę. Był tam już około dwóch lat i poznał dość dobrze panujące tam obyczaje. Zaprosił mnie na „Lady bal”. Ładna restauracja. Pań mnóstwo (panów 1/3, z liczby gości).

Nie zdążyliśmy dobrze usiąść już byliśmy proszeni do tańca. Po zmianie kilku partnerek, zaprosiłem jedną do baru. Karen, bo tak miała na imię, zalała mnie potokiem słów. Mówiła po angielsku, niemiecku i fińsku. A ja? Na migi. Gadałem, gadałem, aż mnie ręce bolały.
Po balu, uparła się zabrać mnie na kawę do swego domu. Janek powiedział mi, że tu jest tak przyjęte. Oki – jedziemy. Wsiedliśmy do jej auta. Przyjechaliśmy. Otworzył nam jakiś facet. Myślałem, że to może ojciec lub brat? Zauważyłem jak wchodził do sypialni. Stało tam łóżeczko dziecinne i śpiące w nim dziecko. Coś mnie tknęło, że pakuje się nie tam gdzie mógłbym. Weszliśmy do livingu. Ona wyszła, myślałem, że może zrobić tą nieszczęsna kawę… po chwili przyszła w rozpiętym szlafroku. Chciała ściągnąć ze mnie kurtkę. Poczułem do niej obrzydzenie. W drzwi i już mnie nie było. Po godzinnym spacerze (cóż, wówczas komórek nie było) byłem w hotelu. Nigdy więcej na „Lady balu” nie byłem i nie pójdę!

Takie to mam wspomnienia związane z kołem polarnym.

Więcej odcinków WSPOMNIEŃ EDA pod linkiem

https://e-truckbus.pl/ed-zza-wielkiej-kaluzy/