GOSIA „OD ZAWSZE” CHCIAŁA PÓJŚĆ W ŚLADY DZIADKA I OJCA

Mam na imię Małgorzta i mimo że moje wykształcenie nie ma nic wspólnego z zawodem kierowcy, zawsze marzyłam, by jeździć ciężarówką. Ostatnio udało mi się je zrealizować i od paru dni mam kat. C + E oraz oczywiście kod 95 w prawie jazdy. Wcześniej od roku realizowałam się jako kurier na poczcie rozwożący paczki samochodem dostawczym, ale pomyślałam sobie, że skoro mam już 34 lata, to najwyższa pora zrealizować swoje marzenia z dzieciństwa.  Prawo jazdy na kat. C udało mi się zdać za drugim razem, ale miałam chyba najgorszy z możliwych zestawów, bo była w nim „zatoczka”, ale z nią sobie jednak poradziłam. I chyba za bardzo w siebie uwierzyłam, bo w czasie wyjazdu na miasto, ponoć na rondzie wymusiłam pierwszeństwo. Osobiście byłam innego zdania, ale co robić, egzaminator ma rację…

 

Generalnie jednak nadal widok kobiety zdającej na „duże” jest rzadkością i gdy miałam egzamin na placu wielu facetów patrzyło z ciekawością „czy baba sobie poradzi”. Muszę uczciwie przyznać, że natomiast zarówno instruktorzy, jak i egzaminatorzy traktowali mnie na równo z chłopakami, więc to było w porządku, tym bardziej, że wiedziałem, iż nie we wszystkich ośrodkach tak to wygląda. Nie byłam natomiast do końca zadowolona ze sprzętu, którym jeździłam, bo np. na egzaminie C + E, dostałam takiego „hebla”, że nawet klamka w nim odpadała. Nie był też to klasyczny zestaw, ale „średni” MAN więc egzamin zaliczyłam, ale zdawałam sobie sobie sprawę, że prawdziwa nauka w pełni załadowanym zestawem dopiero przede mną.

 

Zaraz po zdobyciu uprawnień jeździłam z kontenerami czyli tzw. bramowcem, ale też od „wielkiego dzwonu” hakowcem, a zdarza się też, że hakowcem z przyczepą z przednią skrętną osią. Kursy miałam lokalne, czyli mogę powiedzieć, że jeździłam „wokół komina”. Nie ukrywam, że przy pierwszych kursach czułam się jak małpa w zoo, bo każdy z niedowierzaniem patrzył, że przyjechała kobieta. Ale też od samego początku czułam wsparcie wśród innych kierowców i kiedy np. nie potrafiłam ściągnąć siatki z kontenera, to nie musiałam nikogo prosić o pomoc, bo sam podszedł jeden pan i pokazał mi, jak to się robi. I szybko się tego nauczyłam, choć nie ukrywam, że przy tej pracy bicepsy bardzo się przydają. Szkoda tylko, że bardzo przy tym cierpiały moje dłonie, bo bynajmniej nie były one zadbane. Dlatego też zaczęłam szukać innej pracy, a moim marzeniem była jazda z cementonaczepą. W końcu dopięłam swego i z „hasiowozu” przesiadłam się na 500-kone Volvo właśnie z taka naczepą. I ujmę to to tak, teraz to jest, cud miód, malinka!