PAULINA „ZMORA”, KTÓRA UDOWADNIA, ŻE POLE DANCE MOŻNA UPRAWIAĆ RÓWNIEŻ W TRASIE

Nigdy nie byłam pokornym dzieckiem i bardzo wiele rzeczy interesowało mnie na raz. Gdy dorosłam, poznałam chłopaka, który jeździł na „busach” w systemie trzy na jeden. Coś tam między nami „zaiskrzyło”, ale problem polegał na tym, że ja miałam bardzo dużo obowiązków, bo pracowałam również jako barmanka i studiowałam na architekturze, a on praktycznie cały czas był w trasie. I wówczas pomyślałam, że również mogę przecież śmigać dostawczakiem jak on, a kasy będzie zdecydowanie więcej.

Zrobiłam sobie przerwę na studiach, z tym tylko, że transport mi się spodobał do tego stopnia, że już na nie wróciłam… Ale fascynację szybko zastąpiło zmęczenie, bo wiadomo, jak się jeździ na „busach”. Już myślałam, że może by to wszystko rzucić, niemniej pewnego dnia spotkałam na parkingu kierowcę ciężarówki, który zapytał, dlaczego tak się męczę. Wytłumaczył mi, że on nie jeździ na tyle, na ile pozwala zdrowie, ale tachograf. Zaprosił mnie również bym oglądnęła kabinę w środku i nie ukrywam, że byłam w szoku ile tam jest miejsca. I wówczas podjęłam decyzję, że robię prawo jazdy na ciężarówki.

Nie ukrywam, że miałem pewne problemy, bo połączyłam wszystko na raz. Kat. C z C+E i kwalifikacją. Bardzo mi zależało, by to zrobić jak najszybciej i od poniedziałku do piątku miałam po dwie godziny jazdy dziennie, ale niestety egzaminy wypadły mi na początek pandemii, przez co miałam pół roku przestoju.  Mimo tej przerwy egzamin na C zdałam za trzecim razem, a na C+E za drugim. Zaczęłam od razu od międzynarodówki i tandemu z kontenerami BDF i zobaczyłam, że rzeczywiście jest to zupełni coś innego niż robiłam do tej pory. Cały czas czekałam aż mój partner też zrobi odpowiednie uprawnienia, bo raz go wpuściłam do ciężarówki i bardzo mu się spodobało.

Przez kilka miesięcy jeździłam głównie do Niemiec, ale potem zmieniłam firmę i nauczyłam się zarządzać swoim czasem, tzn. tak nim gospodarować, by znaleźć na wszystko znalazła się odpowiednia pora. Głównie na jazdę i ćwiczenia. Było to o tyle istotne, bo mimo młodego wieku miałam pierwsze bóle kręgosłupa oraz kolan i wówczas postanowiłam, że tak dalej być nie może i trzeba się wziąć za siebie. Wychodzę bowiem z założenia, że kierowca powinien robić wszystko, by prowadząc taki a nie inny styl życia zdrowia nie stracić. Zaczęłam od „delikatnych” ćwiczeń, który wykonywałam w kabinie często w trakcie jazdy. Mam na myśli kontrolę oddechu czy napięcia poszczególnych grup mięśni tzw. głębokich, np. mięsień gruszkowaty w pośladku, który łagodzi ból lędźwi.

Potem wdrożyłam jogę na łóżku, bo nie ukrywam, że bardzo się wstydziłam wyjść ze swoją aktywnością przed ciężarówkę, bo kobieta na parkingu i tak nadal wzbudza często sensację, a co dopiero ćwicząca…  Wcześniej już trochę uprawiałam pole dance, który jest trochę powiązany z jogą więc wiedziałam na co mogę sobie pozwolić w kabinie. Tym bardziej, że łóżko w ciężarówce jest nawet nieco większe od maty. Z czasem zauważyłam, że powoli wracam do formy, jaką miałam zanim zaczęłam jeździć i to mnie dodatkowo zmotywowało. Wiedziałam jednak, że pewne ćwiczenia mogę zrobić tylko na zewnątrz i pewnego dnia odważyłam się na trening na parkingu przed autem.

Na początku to była tylko joga ale powiązana ze stretchingiem. Jak wiadomo, technika ta ma kilka odmian, ale ja postawiłam na izometryczny. Najpierw rozciągam mięśnie przez kilka sekund, a potem następuje rozluźnienie. Z czasem pojawiły się dodatkowe ćwiczenia i to nawet wówczas, gdy były minusowe temperatury. Ale takie treningi są wręcz wskazane, bo wówczas organizm się bardziej dogrzewa więc tak na dobrą sprawę wtedy nie trzeba robić takiej dokładnej rozgrzewki, jak ma to miejsce w lecie.

No i podświadomie zaczęłam szukać rury, jak to każda poledancerka. Bardzo chciałam podejść do jakiegoś znaku drogowego i zrobić np. motyla lub inną figurę, ale się wstydziłam, tym bardziej że rurki od znaków nie są do tego najlepsze, bo mają inną przyczepność i grubość. Po prostu bałam się, że zaliczę „wtopę” i pół parkingu będzie się ze mnie śmiać. Niemniej kiedyś stojąc na weekendzie poszłam sprzątać naczepę i układał na niej m.in. tyczki. Nagle mi zaświtało w głowie, że przecież ona jest bardzo zbliżona od rury do pole dance. Zapięłam ją więc na środku naczepy i zdałam się na żywioł.  I było super, bo z racji tego, że tyczka przypominała rurkę malowaną proszkowo miałam doskonałą przyczepność.

Najbardziej jednak się cieszyłam, gdy postój wypadał gdzieś w pobliżu lasu, bo wówczas korzystałam z gałęzi lub jakich budowli z linami. Pod tym względem sprawdzają się też place zabaw dla dzieci. Wiadomo, że tym co robię wzbudzam zainteresowanie i niektórzy kierowcy robią mi zdjęcia z ukrycia, a ci odważniejsi przychodzą zapytać czy mogą to zrobić i zaspokoić swą ciekawość, co a właściwie po co ćwiczę. Jak mi odpowiadałam, że przede wszystkim dla zdrowia, to byli mocno zdziwieni.