Moja przygoda w transporcie międzynarodowym na tzw. busach trwa już od 8 lat. W ciągu dnia dla mnie najważniejsze jest, by zjeść dobrze i świeżo, dlatego gotuję sam. A miałem się od kogo nauczyć, bo już jako mały chłopiec pomagałem babci w przygotowaniu posiłków. Z czasem gdy zacząłem jeździć, tę typową polską „kuchnię” wzbogaciłem o elementy „kuchni” włoskiej, co moim zdaniem, dało całkiem dobry efekt.
O początkach pracy i gotowania Piotrka pisaliśmy wcześniej
Jeśli chodzi o gotowanie, to gotuję zarówno w trasie, jak i w domu, choć moja kochana żona w kuchni radzi sobie doskonale. Niemniej uczciwe muszę przyznać, że sam ją wielu rzeczy nauczyłem, bo kiedy się poznaliśmy potrafiła przypalić nawet rosół.
Wiele produktów przygotowuję sobie również na drogę i wkładam do słoików. Przetwory robię, gdy jest na nie sezon, np. ogórki kiszone i konserwowe, paprykę czy buraki i potem mam jak znalazł.

Niemniej w trasie gotuję „od podstaw”. Zupy, sosy, mięsa gotuję na świeżo i na bieżąco. Wyjątkiem są pierogi i kluski śląskie, które wcześniej przygotowuję w domu i zabieram zamrożone. W kabinie mam lodówkę, która ma 72 litry, a na pace taką specjalną, dużą deskę więc właściwie nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych do zrobienia, a ogranicza mnie czasami jedynie pogoda. Im jest cieplej i przyjemniej tym bardziej człowiek chce wyjść na zewnątrz i rozłożyć się z tym całym „bałaganem”.

Gotowanie w kabinie nie sprawia aż takiej radości i wówczas przygotowuję dania, które np. nie wymagają smażenia. Wychodzę z założenia, że człowiek tak ma w samochodzie, jak i w domu więc porządek musi być. Nie ma dnia, bym chociaż nie przetarł szyb od środka i deski rozdzielczej. Nie jest w tym wszystkim pedantyczny, ale wiem, że gdybym zaniechał tych prostych czynności, to potem ciężko byłoby się tych zapachów pozbyć.

Nie ukrywam, że na parkingach wzbudzam zainteresowanie tym co robię, a że zazwyczaj gotuję duże porcje nie raz kogoś zaprosiłem do stołu. Miałem też nawet kiedyś taki przypadek pod Hanowerem, że spotkałem dwóch Polaków, którzy jeździli u „Niemca” na międzynarodówce. Akurat wtedy na pace robiłem ziemniaki pieczone przez niektórych zwane „duszonką”, tyle że tak na bogato, bo z „pałkami” z kurczaka i burakami. Podchodzą i pytają, co tak pachnie? Mówię im, by przyszli za 15 minut to się sami przekonają, bo garnek był naprawdę spory. I rzeczywiście za chwilę jeden przyszedł z salaterką więc mu nałożyłem porcję, z którą poszedł do siebie. Za chwilę podbiega dwóch, wciskają mi za koszulkę 10 euro i proszą jeszcze o dwie porcje i przepis. Ale zjawił się następny, który położył 20 euro i powiedział, że zabiera garnek i odda go, jak umyje. Dobrze, że sobie nałożyłem wcześniej, bo bym się obszedł smakiem.

Nikomu jedzenia nie żałuję i nigdy go nie wyrzucam. Jak co mi zostaje, to staram się to użyć robiąc następne danie. A przygotowuję przeróżne potrawy i często gotowe przepisy modyfikuję i np. spaghetti łączę z gyrosem i dodatkami warzywnymi. Wiele jest tzw. eksperymentów i jak cos mi posmakuje, to potem do tego wracam, a jak nie bardzo przypadnie do gustu, to wiem czego w przyszłości nie robić czy czego raczej zrobić inaczej.
Jednak chyba i tak najlepiej wyszło mi połączenie miłości do żony, jazdy i gotowania. Dlatego nie wyobrażam sobie, by kiedyś któreś z tych uczuć wygasło…











