Z kabiny trafił do aresztu. Udana „zasadzka” policjantów z Radymna na kierowcę ciężarówki

Z kabiny trafił do aresztu. Udana „zasadzka” policjantów z Radymna na kierowcę ciężarówki

Na pierwszy rzut oka wyglądało to jak jedna z tysięcy kontroli drogowych. Radiowóz i ciężarowy DAF zatrzymany na trasie. Tyle że ta kontrola nie miała nic wspólnego z rutyną. Policjanci z komisariatu w Radymnie dokładnie wiedzieli, kogo szukają, czym jedzie i którędy będzie się poruszał. Dlatego ta akcja zakończyła się zatrzymaniem 47-letniego kierowcy, który zamiast kontynuować kurs, trafił do policyjnej izby zatrzymań, a następnie do zakładu karnego.

List gończy i 178 dni do odsiadki

Zatrzymany był poszukiwany listem gończym wydanym przez Sąd Rejonowy w Jarosławiu. Do odbycia miał 178 dni zastępczej kary pozbawienia wolności za oszustwo. Nie stawił się do jej odbycia, co oznaczało formalne rozpoczęcie poszukiwań. Od tego momentu każda jego aktywność w przestrzeni publicznej, w tym wykonywanie pracy kierowcy, wiązała się z realnym ryzykiem zatrzymania.

Skąd policja wiedziała, że będzie jechał tą trasą?

Policja nie zdradza źródeł informacji operacyjnych i nie ma w tym nic zaskakującego. W takich sprawach rzadko chodzi o przypadek. Stała praca, powtarzalne trasy, konkretne godziny przejazdów i wcześniejsze ustalenia wystarczą, by przygotować skuteczne działania. Kierowca zawodowy nie jest anonimowy. Wręcz przeciwnie – jego ruchy są jednymi z najbardziej przewidywalnych.

Skoro wiedzieli, to czemu nie zatrzymali go wcześniej?

Bo policja nie działa „na oko”. Do zatrzymania potrzebna jest pewność co do tożsamości i odpowiedni moment, w którym można przeprowadzić czynności bezpiecznie i zgodnie z procedurami. Wcześniej takiej możliwości po prostu nie było. Gdy się pojawiła – w Zadąbrowiu – działania ruszyły natychmiast. To nie była opieszałość, tylko cierpliwe czekanie na właściwy moment.

Czy mógł pracować jako kierowca zawodowy?

Tu odpowiedź musi być jednoznaczna. Nie. W momencie wydania listu gończego i zarządzenia wykonania kary pozbawienia wolności dalsze wykonywanie pracy było już nie tyle „kontrowersyjne”, co bezprzedmiotowe. Od tej chwili kierowca formalnie ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości. Każda kontrola drogowa i każdy kontakt z policją musiały zakończyć się zatrzymaniem. Dokładnie tak, jak stało się w Radymnie.

A gdzie w tym wszystkim był przewoźnik?

I to jest pytanie, które powinno paść najgłośniej. Przewoźnik ma narzędzia, by sprawdzić pracownika. Może weryfikować dokumenty, żądać aktualnych oświadczeń, kontrolować ciągłość zatrudnienia i reagować na sygnały, które powinny zapalić czerwoną lampkę. Oczywiście list gończy nie widnieje w CEPiK ani w aktach osobowych, ale niestawienie się do odbycia kary to nie jest sytuacja, która pojawia się z dnia na dzień.

Dlaczego więc firma nic nie zrobiła? Albo nie wiedziała, bo nie interesowała się tym, kogo wysyła w trasę, albo wiedziała i zignorowała problem, bo liczyło się obsadzenie auta i realizacja zleceń. W obu przypadkach odpowiedzialność spoczywa nie tylko na kierowcy.

Finał był tylko kwestią czasu

W Zadąbrowiu policjanci zatrzymali ciężarowego DAF-a, potwierdzili tożsamość kierowcy i zakończyli poszukiwania. Mężczyzna trafił do policyjnej izby zatrzymań, a następnie – zgodnie z dyspozycją sądu – do zakładu karnego. Z kabiny ciężarówki prosto za kratki.

Ta sprawa pokazuje jasno, że praca za kółkiem nie daje żadnej ochrony przed wymiarem sprawiedliwości. A dla przewoźników powinna być kolejnym sygnałem ostrzegawczym: ignorowanie tego, kto faktycznie siedzi za kierownicą, wcześniej czy później wraca – i to z dużo większym rachunkiem.

Źródło: Policja, fot. poglądowa (Policja)

Sprawdź także