Nie zawsze kradzież paliwa oznacza wężyk i kanister. Dyrektor transportu miał inny pomysł

Nie zawsze kradzież paliwa oznacza wężyk i kanister. Dyrektor transportu miał inny pomysł

Kradzież paliwa kojarzy się zwykle z wężykiem, kanistrem i spuszczaniem oleju napędowego z ciężarówki. Tym razem mechanizm miał wyglądać zupełnie inaczej. Według prokuratury były dyrektor ds. transportu jednej ze spółek transportowych wykorzystał swoje uprawnienia do systemu kart paliwowych. W efekcie w ciągu 13 miesięcy miało zniknąć ponad 100 tys. litrów oleju napędowego o wartości ponad 628 tys. zł.

Dyrektor transportu miał dostęp do kart paliwowych

Sprawa dotyczy dwóch mieszkańców województwa dolnośląskiego w wieku 41 i 30 lat. Policja zatrzymała ich w związku ze śledztwem prowadzonym przez Prokuraturę Rejonową w Kępnie. Pokrzywdzoną spółką była firma z branży transportowej.

Według ustaleń śledczych 41-latek pełnił funkcję dyrektora ds. transportu. Dzięki zajmowanemu stanowisku miał administracyjny dostęp do systemu obsługi kart paliwowych. I właśnie ten dostęp miał wykorzystać do rozpoczęcia procederu.

Mężczyzna miał bez wiedzy i zgody właścicieli firmy wyrabiać dodatkowe karty paliwowe. Karty przypisywano następnie do autentycznych pojazdów należących do spółki.

Ciężarówki były gdzie indziej, a paliwo znikało

Na tym jednak cały mechanizm się nie kończył.

Według prokuratury drugi z podejrzanych, 30-latek, masowo tankował paliwo do wielkogabarytowych zbiorników. W tym samym czasie samochody firmy, do których przypisano wykorzystywane karty, znajdowały się nawet kilkadziesiąt kilometrów dalej.

Czyli karta wskazywała konkretny firmowy pojazd, ale ten pojazd w rzeczywistości nie tankował. Paliwo trafiało natomiast do dużych zbiorników, w tym zbiorników typu „Mauser”. Następnie olej napędowy miał trafiać do dalszej odsprzedaży.

Prawie 4 tysiące tankowań

Skala procederu robi wrażenie.

Według śledczych między 1 sierpnia 2025 roku a 31 sierpnia 2026 roku 30-latek miał dokonać aż 3956 tankowań. W tym czasie pobrano co najmniej: 102 905,12 litra oleju napędowego o wartości 628 251,12 zł.

To oznacza, że w ciągu 13 miesięcy ktoś dokonywał kolejnych tankowań, mimo że przypisane do kart pojazdy znajdowały się w innych miejscach.

Co więcej, proceder miał przynosić stały dochód osobom zaangażowanym w cały mechanizm. Prokuratura ustaliła, że były dyrektor transportu i jego wspólnik mieli podzielić się rolami przy realizacji procederu.

Fałszowanie danych miało zatrzeć ślady

Samo wykorzystanie dodatkowych kart nie wystarczało, aby ukryć proceder.

Według śledczych dyrektor miał później zmieniać dane w wewnętrznym systemie spółki. Chodziło o oznaczenia pojazdów, do których przypisano karty.

W ten sposób podejrzany miał utrudniać powiązanie konkretnych tankowań z rzeczywistymi samochodami firmy.

To właśnie ten element sprawy pokazuje, dlaczego kontrola kart paliwowych w firmie transportowej nie może ograniczać się wyłącznie do sprawdzania faktur.

Właściciel firmy powinien wiedzieć nie tylko, ile paliwa kupiono, ale również która karta została użyta, gdzie dokonano tankowania i gdzie w tym czasie znajdował się przypisany do niej pojazd.

Nie wężyk, nie kanister, ale firmowy system

Ta historia pokazuje zupełnie inny sposób podejścia do kradzieży paliwa.

W tym przypadku nie trzeba było podjeżdżać nocą do ciężarówki. Nie było również potrzeby odkręcania korka zbiornika ani wożenia kanistrów. Cały mechanizm miał opierać się na wykorzystaniu firmowego systemu, kart paliwowych i dostępu do danych pojazdów.

Według prokuratury w tym przypadku kluczowe miały okazać się uprawnienia pracownika, dostęp do firmowego systemu oraz karty paliwowe przypisane do prawdziwych pojazdów.

Dlatego określenie „kradzież w białych rękawiczkach” pasuje tutaj wyjątkowo dobrze.

Problem polega na tym, że przy takim mechanizmie wszystko może na pierwszy rzut oka wyglądać jak zwykłe firmowe tankowanie. Dopiero porównanie danych z karty paliwowej z rzeczywistą lokalizacją pojazdu może pokazać, że coś się nie zgadza.

Dyrektor transportu i jego wspólnik trafili do aresztu

Policja zatrzymała obu mężczyzn. Następnie prokurator wystąpił o zastosowanie wobec nich tymczasowego aresztowania.

Sąd przychylił się do wniosku i zastosował wobec obu podejrzanych tymczasowy areszt na trzy miesiące. Prokuratura poinformowała, że podejrzanym grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności.

Postępowanie nadal trwa. Śledczy prowadzą kolejne czynności, dlatego na obecnym etapie nie są dostępne bardziej szczegółowe informacje dotyczące sprawy.

Warto przy tym zaznaczyć, że mówimy o podejrzeniach i zarzutach przedstawionych przez prokuraturę. Ostateczną odpowiedzialność karną może stwierdzić wyłącznie sąd.

Źródło: Prokuratura Okręgowa w Ostrowie Wielkopolskim, fot. poglądowa (Policja)

Sprawdź także