Piotr „Smakosz kuchni”, czyli klasyczny przykład jak można pogodzić jazdę z gotowaniem

Piotr „Smakosz kuchni”, czyli klasyczny przykład jak można pogodzić jazdę z gotowaniem

Samochodem jeździłem odkąd tylko mogłem, czyli gdy zrobiłem prawo jazdy. Można więc powiedzieć, że za kierownicą siedzę już 20 lat. Zaczynałem od jazdy Lublinem, który zawoziłem serwetki i chusteczki do LOT-u po całej Polsce. Potem zrobiłem prawo jazdy na „solówkę” i jeździłem nią po Polsce. Wprawdzie marzyłem o międzynarodówce, ale ze względu na żonę, którą poznałem będąc jeszcze w wojsku trochę ten pomysł oddaliłem w realizacji, bo nie chciałem jej zostawiać samej z dzieciakami. Przez 8 lat jeździłem z „dachami”, ale potem zaczęły się coraz bardziej restrykcyjne kontrole, a czasu zawsze brakowało więc postanowiłem zrezygnować z tej pracy, bo nie chciałem kombinować przy „tacho”.

I akurat tak się zdarzyło, że kumpel poprosił mnie, czy mógłbym pojechać za niego busem, czyli samochodem dostawczym do Niemiec. Powiedziałem, że nie ma problemu i tak zaczęła się moja przygoda w transporcie międzynarodowym mniejszymi samochodami, która już trwa od 8 lat.

I bardzo się cieszę z tej decyzji, bo dzięki temu zwiedziłem wiele ciekawych miejsc, poznałem interesujących ludzi, czego bym pewnie nigdy nie doświadczył jeżdżąc za granicę „dużym”.

Miałem też to szczęście, że poznałem Kamila Rolkę, który jest nie tylko moim szefem, ale przede wszystkim i przyjacielem. I co najważniejsze, on nigdy nie ingeruje w to co robię w czasie wolnym od pracy. Czy jestem na plaży, czy gotuję to jest moja sprawa, najważniejsze by wcześniej była zrobiona robota.

Wiem, że w środowisku kierowców o szefach raczej nie mówi się za dobrze, ale ja akurat mam odmienne zdanie. Kamil naprawdę o kierowców dba, a najlepszym tego przykładem jest fakt, że z racji tego iż posiada również autobusy, chce mnie i kolegę wesprzeć w uzyskaniu przez nas kat. D.

Póki co, robię to co robię i jestem z tego zadowolony, a w dużej części jest to też zasługa mojego spedytora, Krzysia. Dzięki temu mam robotę poukładaną i zawsze znajdę mniej lub więcej czasu, bo coś sobie w trasie ugotować, bo to jest moja prawdziwa pasja. Wiadomo, że mam ten „tachobucha”, ale nawet za 2 lata jak wejdą tachografy do busów, ale ktoś zadba o to, by wszystko się zazębiało, to znajdzie się czas na zwiedzanie, gotowanie, a nawet małego drinka. Ale tu musi być pełne porozumienie pomiędzy spedytorem a kierowcą.

Ktoś pewnie czytając te słowa, powie że „ściemniam”, ale ja naprawdę mogę w dużej części planować sobie dzień. W ciągu dnia dla mnie najważniejsze jest, by zjeść dobrze i świeżo, dlatego gotuję sam. A miałem się od kogo nauczyć, bo już jako mały chłopiec pomagałem babci w przygotowaniu posiłków. Z czasem gdy zacząłem jeździć, tę typową polską „kuchnię” wzbogaciłem o elementy „kuchni” włoskiej, co moim zdaniem, dało całkiem dobry efekt. 

Cdn.

Sprawdź także