Iwona od dwóch lat jeździ zawodowo ciężarówką. Wcześniej pracowała w handlu, ale gdy dzieci podrosły postanowiła zrealizować swe marzenia o czym już pisaliśmy.
Weekendy spędzamy generalnie razem. Mamy dwóch synów. Starszy, Arek, ma 26 lat, jest już żonaty i też jest kierowcą – śmieję się, że to taka rodzinna patologia (oczywiście żartuję). Nie jeździ w tej samej firmie co my, jeździ solówką. Młodszy syn ma 13 lat – Alan. W przeciwieństwie do starszego raczej nie złapał tego bakcyla. Ani z mamą, ani z tatą w trasę jechać nie chce. Jeśli już, to bardzo rzadko. Chyba po prostu tego nie czuje.

Wolny czas staramy się spędzać aktywnie. Jeśli tylko mamy możliwość, weekend poświęcamy przede wszystkim młodszemu synowi i rodzicom męża, którzy opiekują się naszym synem na co dzień. Alan jest nastolatkiem, więc czas z rodzicami to tak – w cudzysłowie – czasami niechętnie. Ma swoje sprawy, ale staramy się nadrobić ten tydzień, kiedy nas nie ma.

Ja kocham góry. Naprawdę – gdyby ktoś dał mi możliwość przeprowadzki do Zakopanego, długo bym się nie zastanawiała. Mieszkamy na Śląsku, więc mamy blisko, ale każda okazja, żeby wyskoczyć w góry, jest dla mnie idealna. Mąż z kolei woli morze, ale zawsze próbujemy znaleźć kompromis. Generalnie – aktywnie, jak najbardziej.

Kiedy jesteśmy razem w domu, staramy się nie rozmawiać o pracy. Oczywiście czasem temat się pojawi, bo to naturalne, ale ograniczamy to do minimum. Zwłaszcza że kiedy wracamy w piątek, w 90% jest to godzina 13:00-14:00. Weekend mija bardzo szybko: zakupy, szkoła, sprawy z dzieckiem. Alan cały tydzień jest u dziadków, więc w weekend muszę nadrobić rozmowy, kontakt, bycie razem. Do tego dochodzi gotowanie, pakowanie jedzenia do trasy i ewentualny wyjazd. Szkoda nam czasu na rozmowę o pracy, skoro i tak możemy je odbyć później w trasie.

Na pytanie, czy planuję kiedyś zmienić pracę na spokojniejszą, odpowiadam szczerze – jeszcze nie. Na razie jestem na etapie zachłyśnięcia się tym zawodem. Cały czas się uczę, mam ogromną pokorę i świadomość, że bardzo daleko mi jeszcze do naprawdę doświadczonego kierowcy. Słucham rad, uczę się, chcę być coraz lepsza.
U nas wygląda to tak, że mąż, Jacek, pracuje w tej firmie już prawie 10 lat. Przez wiele lat jeździł międzynarodówkę, a kiedy ja przyszłam do firmy, zszedł na kraj. I czasami wspomina, że brakuje mu tego, że mógłby być codziennie w domu. Ja z kolei jeszcze nie czuję, że chciałabym się rozwijać – może wrócić na międzynarodówkę, ale tak naprawdę to nie jest żaden konkretny plan. Wszystko na spontanie. Czy jakiekolwiek zmiany przede mną? Myślę, że czas pokaże.

W firmie, w której pracuję – Lajon – jest mniej więcej 60 kierowców i jestem jedną z dwóch kobiet. Podobno koledzy nazywają mnie Smerfetką, ale osobiście tego nie słyszałam. Mam fajnych spedytorów, fajnych szefów, kolegów, dobrą atmosferę i myślę, że może nie powinnam tak chwalić, ale naprawdę jestem zadowolona.
Na koniec, już zupełnie podsumowując – czy ten zawód jest dziś zawodem również dla kobiet? Z pełnym przekonaniem mówię: tak. Oczywiście są rzeczy i sytuacje, z którymi kobieta może sobie nie poradzić i które mogą sprawiać jej większą trudność niż kolegom w tym zawodzie, ale jednocześnie nie dyskwalifikuje nas to z tego zawodu. I nie ma co tutaj udawać – na pewno taką rzeczą, jedną z wielu, jest wymiana koła. Przynajmniej ja do tej pory nie robiłam tego jeszcze sama.

Nie tak dawno przeżyłam wystrzał na autostradzie z lewej strony, z przodu ciągnika. Utrzymanie zestawu było mega trudne. To było ogromne przeżycie i wiem jedno – że gdyby nikt do mnie nie przyjechał i nie wymienił tego koła, byłabym po prostu bezradna. A całą resztę, uważam, na spokojnie jesteśmy w stanie sobie poradzić. Kobiety są dzisiaj bardziej ogarnięte, odważniejsze, przebojowe – odważnie wchodzimy w świat, który jest typowo męski.
Pozdrawiam kolegów i koleżanki.

Iwona










