Wokół przepisów dotyczących pierwszeństwa pieszych po raz kolejny narasta dyskusja. Choć regulacje obowiązują już od kilku lat, kontrowersje nie milkną – a kolejne tragiczne zdarzenia z udziałem pieszych pokazują, że problem nie został rozwiązany, lecz pogłębiony. Właśnie na tym tle pojawiła się nowa interpelacja poselska dotycząca zasad wyznaczania przejść dla pieszych.
Sprawę ponownie podniosła posłanka Małgorzata Pępek, zwracając uwagę, że w wielu miejscach – tam, gdzie piesi faktycznie przekraczają jezdnię – zarządcy dróg nie mogą oficjalnie wyznaczyć przejścia. Powód? Wysoce restrykcyjne przepisy techniczno-budowlane. Efekt to znane z wielu miast i miejscowości sytuacje: ludzie przechodzą na skróty, a infrastruktura nie nadąża za realnym ruchem pieszych.
Resort infrastruktury pozostaje jednak nieugięty. Wiceminister Stanisław Bukowiec w swojej odpowiedzi stwierdził jasno: nie ma uzasadnienia do łagodzenia przepisów. Według Ministerstwa wyznaczenie przejścia musi spełniać szereg warunków – od dostępności dla osób z niepełnosprawnościami, przez odpowiednią widoczność i oświetlenie, aż po zapewnienie strefy oczekiwania. Każde odstępstwo mogłoby, zdaniem resortu, stworzyć więcej zagrożeń niż korzyści.
Problem w tym, że przepisy o pierwszeństwie pieszych działają także tam, gdzie infrastruktura nie nadąża
To tu zaczyna się prawdziwa oś sporu. Pieszy, zgodnie z obowiązującym prawem, ma pierwszeństwo już w momencie wchodzenia na jezdnię. W teorii ma to go chronić. W praktyce – zwłaszcza na niebezpiecznych odcinkach, w rejonach o ograniczonej widoczności i na drogach, gdzie piesi pojawiają się nagle – prowadzi to do złudnego poczucia bezpieczeństwa.
Pieszy często zakłada, że kierowca musi się zatrzymać. Kierowca – zwłaszcza za kierownicą 40-tonowego zestawu – wie, że droga hamowania nie zawsze na to pozwoli. To napięcie widać przy każdym zdarzeniu, w którym pieszy ginie mimo tego, że „miał prawo wejść”.
O jednym z takich tragicznych przypadków pisaliśmy niedawno:
Dlaczego wciąż jest tak niebezpiecznie?
Ministerstwo zwraca uwagę, że samo namalowanie przejścia tam, gdzie „ludzie i tak chodzą”, mogłoby jeszcze pogorszyć sytuację. Pieszy widząc zebrę, automatycznie czuje się chroniony, nawet jeśli droga jest niebezpieczna: niewystarczająco oświetlona, z ograniczoną widocznością, prowadzona po łuku czy przez szeroką jezdnię. To — jak podkreśla resort — mogłoby zwiększyć liczbę wypadków.
Z kolei samorządy podkreślają, że lokalne potrzeby bywają zupełnie inne niż schemat narzucany w przepisach. I że brak formalnego przejścia w miejscu intensywnego ruchu pieszych z pewnością nie zwiększa bezpieczeństwa.
Przepisy czy praktyka? Kto ma rację?
Jedno jest pewne: przepis o pierwszeństwie pieszych nadal dzieli społeczeństwo, kierowców i ekspertów. Jedni chcą jeszcze większej ochrony pieszych, inni – bardziej realistycznego podejścia i uwzględnienia faktu, że nawet najostrzejsze prawo nie przestawi praw fizyki.
Interpelacja poselska znów otworzyła dyskusję, ale na zmiany się nie zanosi. Ministerstwo Infrastruktury podkreśla, że obecne regulacje są minimalnym standardem bezpieczeństwa i… na razie tyle.
A kontrowersje? Będą tylko narastać – tak jak liczba tragicznych zdarzeń, w których pieszy ufa prawu bardziej niż ocenie sytuacji na drodze.
Źródło: Sejm RP/MI










