„Jesteśmy słabo zrozumiani” – uważa Tomasz Ziaja, przewoźnik i działacz transportowy

„Jesteśmy słabo zrozumiani” – uważa Tomasz Ziaja, przewoźnik i działacz transportowy

Rozmowa z przewodniczącym rady nadzorczej Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych „Galicja”

Proszę powiedzieć, czym zajmuje się Pan w strukturach przewoźników.
– Działam na rzecz przewoźników, żeby warunki w branży były lepsze, choć muszę przyznać, że mimo wieloletnich działań z kolegami, między innymi z Piotrem Litwińskim, nasze osiągnięcia są ograniczone. Nie zawsze wynika to z naszej słabości – czasami to efekt braku woli działania ze strony rządu albo Komisji Europejskiej. Dochodzą też tarcia między różnymi grupami, polityczne rozgrywki – i czasem lepiej poświęcić interes przewoźników niż własne ambicje, tak przynajmniej mówią politycy.

Skoro współpracuje Pan z Piotrem Litwińskim, to zapewne należy Pan również do „Galicji”?
– Tak, oczywiście, jestem w stowarzyszeniu przewodniczącym rady nadzorczej. Od wielu lat działam też w Radzie Dialogu Społecznego. To zobowiązuje do dbania o członków i starania się, by mieli lepsze warunki. Naprawdę staramy się, jak możemy, ale w praktyce efektów jest niewiele.

Dlaczego działania przewoźników są tak mało skuteczne?
– Jest kilka powodów. Przede wszystkim mamy opór ze strony władz. Władza nie chce nas rozumieć, a my jesteśmy jedną z najsłabiej postrzeganych grup społecznych w Polsce. Solidarność innych grup – kolejarzy, górników – jest większa, oni potrafią się zjednoczyć i działać razem. My wciąż nie potrafimy.

Może Pan podać przykład?
– Kiedy w Radzie Dialogu Społecznego zajmowaliśmy się sytuacją PKP Cargo w Krakowie, byliśmy za tym, żeby uratować spółkę i ochronić pracowników. Później jednak PKP Cargo podjęło decyzję, która praktycznie odbierała przewoźnikom drogowym możliwość działania. To pokazuje, jak istotna jest mobilność: kolej trwa trzy tygodnie, samochodem ten sam transport można zrealizować w 24 godziny. Nie da się wszystkiego zrzucić na tory.

Dlaczego przewoźnicy są tak słabo zorganizowani?
– Bo nie potrafimy się zjednoczyć. Nawet próby strajków – typu „wszyscy wyjeżdżamy jeden dzień” – nie działają. Kierowcy mają podpisane umowy z centrami logistycznymi – jeśli nie podstawisz auta, grożą Ci kary finansowe. Druga kwestia jest taka, że przewoźnicy często boją się ryzyka. Nierzadko, kiedy organizowaliśmy blokady w miastach jak Kraków, jeden przewoźnik mówił: „Ty jedź na strajk, a ja wezmę twoją robotę”. To pokazuje, że solidarność jest minimalna.

To wynika z rywalizacji między firmami?
– Częściowo tak. Każdy przewoźnik żyje na tym samym rynku i powinien się wspierać, ale wielu myśli: „Może przetrwam kosztem innych”. I w ten sposób upadają zarówno duże, jak i małe firmy.

Mógłby Pan podać jakiś konkretny przykład?
– Była u nas firma w powiecie krakowskim, zatrudniająca około 800 kierowców – upadła. To pokazuje, że rynek jest brutalny, a brak współpracy między przewoźnikami pogarsza sytuację.

A co z sytuacjami zagranicznymi?
– Zdarzały się przypadki, że niemieckie związki zawodowe broniły kierowców w sytuacjach spornych z polskimi przedsiębiorcami. Kierowcy nie mogli odebrać swoich pojazdów, a policja niemiecka nie reagowała. To pokazuje, że czasem prawo działa na korzyść silniejszego.

Czy w tej sytuacji jest szansa na poprawę dla przewoźników?
– Nie widzę jej, dopóki obowiązuje obecne prawo, w tym pakiet mobilności. Firmy dokupują tabor, bo muszą realizować kontrakty, nie dlatego, że rynek staje się łatwiejszy.

Co by Pan zmienił, żeby było lepiej?
– Przede wszystkim deregulacja transportu. Obecnie mamy za dużo zakazów, nakazów i kar, a pakiet mobilności wprowadza ogromne koszty dla przewoźników i kierowców. Po drugie potrzebna jest pomoc państwa – choćby w ramach Krajowego Planu Odbudowy. To dwa kluczowe elementy, które mogłyby poprawić sytuację branży.

Czy przewoźnicy sami mogliby coś zrobić?
– Tak, przede wszystkim zjednoczyć się i wykazać solidarność. Tylko wtedy można skutecznie walczyć o lepsze warunki i wywierać presję na decydentów. Jesteśmy najsłabiej rozumianą grupą społeczną w Polsce. Dopóki nie zmieni się prawo i nie poprawimy współpracy między sobą, sytuacja w transporcie drogowym nie ulegnie poprawie”.

Patrząc na rozwój rynku, czy widzi Pan jakiekolwiek światełko w tunelu?
– Szczerze mówiąc, nie. Pakiet mobilności, regulacje, brak wsparcia – wszystko to sprawia, że będzie coraz trudniej. Firmy dokupują tabor, bo muszą realizować kontrakty, ale nie dlatego, że sytuacja staje się łatwiejsza. To, co mogłoby pomóc, to przede wszystkim mniej przeregulowań, większa swoboda i wsparcie państwa.

Czy to oznacza, że branża transportowa w Polsce nie ma przyszłości?
– Ma, ale tylko pod warunkiem zmian prawnych i większej solidarności między przewoźnikami. Dopóki będziemy działać osobno i brak wsparcia ze strony państwa, sytuacja będzie trudna, a wiele firm upadnie.

Dziękujemy za rozmowę.

Sprawdź także