Najechanie na tył to jeden z najczęstszych typów zdarzeń drogowych. Odpowiada za ok. 10% wszystkich wypadków i kolizji w Polsce. Choć większość z nich kończy się na stłuczce i uszkodzonych zderzakach, bywa, że te kilka metrów zbyt małego odstępu prowadzi do dramatu. Tak właśnie mogło być na drodze krajowej nr 10, w miejscowości Wola Łącka (powiat płocki).
Według wstępnych ustaleń policji, 36-letni kierowca ciężarówki nie zachował bezpiecznego odstępu od pojazdu jadącego przed nim. Gdy zorientował się, że nie zdąży wyhamować, zdecydował się gwałtownie zjechać z drogi, by uniknąć uderzenia. Niestety, ciężarówka uderzyła w przydrożne drzewo.
Na szczęście mężczyzna nie odniósł poważnych obrażeń. Badanie alkomatem wykazało, że był trzeźwy. Ale sam fakt, że doszło do uderzenia w drzewo, pokazuje, jak niewiele brakowało do tragedii.
Kiedy prawo reguluje bezpieczną odległość?
Odstęp od poprzedzającego pojazdu to coś, o czym mówi się na kursach prawa jazdy i egzaminach, ale już na drogach wielu kierowców… zapomina. Tymczasem to właśnie zbyt mały dystans jest jedną z głównych przyczyn najechań – i nie zawsze kończą się one tylko na wgnieceniu błotnika.
W polskich przepisach jedynie na autostradach i drogach ekspresowych istnieje konkretny zapis określający wymagany dystans dla pojazdów powyżej 3,5 tony.
Zgodnie z art. 19 ust. 3a Prawa o ruchu drogowym, kierowca musi zachować odstęp wynoszący co najmniej połowę aktualnej prędkości (wyrażoną w metrach).
Czyli: przy 80 km/h – co najmniej 40 metrów odstępu.
Na drogach krajowych, wojewódzkich czy powiatowych takiego precyzyjnego zapisu już nie ma – mówi się ogólnie o „bezpiecznej odległości”. Ale co to znaczy w praktyce? Dla wielu kierowców oznacza to tyle, co… mieści się między zderzakami. I właśnie to bywa fatalne w skutkach.
Nieuwaga, rutyna, telefon
Najechania to nie tylko kwestia odległości. Równie często przyczyną jest:
- korzystanie z telefonu (rozmowy, SMS-y, social media),
- rozproszenie uwagi,
- gapiostwo lub chwilowa dekoncentracja,
- zajmowanie się czymś w kabinie.
W analizowanym przypadku nie wiadomo jeszcze, czy doszło do rozproszenia uwagi, ale jedna rzecz jest pewna – sekundy, a czasami ułamki sekund decydują o wszystkim.
Czy kierowca podjął dobrą decyzję?
To pytanie, które z pewnością pojawi się w głowach wielu kierowców czytających tę historię: czy lepiej było uderzyć w poprzedzający pojazd, czy próbować uniknąć kolizji, zjeżdżając z drogi i ryzykując zderzenie z drzewem?
Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, bo wszystko działo się w ułamkach sekund, a kierowca zadziałał odruchowo – jak wielu z nas by zrobiło. Instynkt każe unikać uderzenia w innego uczestnika ruchu, ale w przypadku ciężarówki zjechanie na pobocze może oznaczać utratę kontroli nad pojazdem, wywrócenie się, a w tym wypadku – uderzenie w przeszkodę, która nie wybacza błędów: drzewo.
Z punktu widzenia prawa i ubezpieczeń, uderzenie w inny pojazd często wiąże się z odpowiedzialnością materialną i konsekwencjami formalnymi, ale mimo wszystko zderzenie z samochodem – zwłaszcza przy niewielkiej różnicy prędkości – może być mniej ryzykowne dla zdrowia i życia niż uderzenie w drzewo.
Z drugiej strony, kierowca nie miał czasu na kalkulacje. Podjął decyzję pod presją, prawdopodobnie chcąc chronić nie tylko siebie, ale też innych. Trudno go za to winić. Można jedynie mieć nadzieję, że sytuacja ta będzie dla innych kierowców przestrogą – by do takich dylematów w ogóle nie dopuścić.
Drzewa przy drodze – cisi zabójcy
Nie bez powodu specjaliści od bezpieczeństwa drogowego od lat apelują o przemyślane zagospodarowanie poboczy dróg krajowych. Uderzenie w drzewo jest jednym z najbardziej śmiertelnych rodzajów wypadków, bo – w przeciwieństwie do barier energochłonnych – pień drzewa nie wybacza błędów.
W tym przypadku kierowcy udało się wyjść z opresji bez poważnych obrażeń, ale gdyby prędkość była większa albo drzewo uderzyło w kabinę pod innym kątem – ta historia mogłaby mieć zupełnie inny finał.
Źródło: Policja










