Mam na imię Iwona, ale mówią na mnie „Smerfetka” i prawie od dwóch lat jeżdżę ciężarówką. Skąd ten wybór? W moim przypadku to wcale nie był nagły pomysł – tak naprawdę od dzieciaka chciałam być kierowcą. Ta fascynacja pojawiła się w momencie, kiedy mój wujek, który był kierowcą zawodowym, zabrał mnie na rozładunek. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie ta wielka maszyna. Kobieta za kierownicą ciężarówki w tamtych czasach – praktycznie niemożliwe. Dlatego ten pomysł i jego realizację odłożyłam do sfery marzeń.

Moje życie to rodzina, praca, dwóch synów i mąż – kierowca zawodowy. Czekałam na odpowiedni moment. Chciałam, żeby dzieci były już trochę starsze. W końcu jeden syn jest już samodzielny, młodszy podrósł, a dziadkowie zadeklarowali pomoc i opiekę – i wtedy powiedziałam sobie: teraz albo nigdy. I tak od pomysłu przeszłam do realizacji. W 2024 roku zapisałam się na kurs, a egzamin zdałam w kwietniu – za pierwszym razem, bez poprawek.

Zanim jednak wsiadłam za kierownicę zawodowo, przez 19 lat pracowałam w handlu. Przez 15 lat byłam ekspedientką, a potem przez 4 lata kierowniczką sklepu. I chyba właśnie ta praca z ludźmi – odpowiedzialność, ogrom obowiązków i ciągły stres – w pewnym momencie mnie przerosły. Czułam potworną potrzebę zmiany. Mówiłam sobie: 19 lat w handlu – dość, wystarczy. Ale jeśli mam coś zmienić, to tylko na coś, co naprawdę będę lubiła, na coś, do czego będę szła z przyjemnością.

Jeździłam z mężem w trasy – był rok 2020, nową Scanią – byłam zachwycona. Byliśmy razem w Holandii, Niemczech, Włoszech, Austrii, Belgii. I wtedy paradoksalnie urzekło mnie coś, co z boku wydaje się zupełnie nieatrakcyjne – ten spokój. Oczywiście dziś wiem, że to tylko pozorny spokój, bo to ogromna odpowiedzialność, ale wtedy, po latach pracy z ludźmi, telefonami służbowymi dzwoniącymi non stop, także w weekendy, po prostu zazdrościłam mężowi tego, że wsiada, jedzie i ma swoją przestrzeń. Pamiętam, że mówiłam mu wtedy: „Boże, jak ja ci tego zazdroszczę”.
Dziś, z perspektywy kierowcy, wiem, że to nie jest żadna sielanka, ale jest coś w tym, czego nie potrafię do końca nazwać. Wiem jedno – kiedy po trzech tygodniach postoju, od 19 grudnia do 12 stycznia, wsiadłam z powrotem do ciężarówki, miałam wrażenie, że naprawdę żyję. Każdy kilometr sprawia mi radość, nawet mimo fatalnej pogody i trudnych warunków.

Do ciężarówki wsiadłam pierwszy raz 3 czerwca. Przez dwa tygodnie jeździłam na podwójnej obsadzie z mężem w naszej firmie, potem dostałam swoją ciężarówkę i zaczęłam jeździć sama. Od początku była to Scania, nowy samochód, który miał zaledwie pół roku. Nie ukrywam, że ogromną rolę odegrał tu mój mąż, Jacek, który pracował już w tej firmie prawie 9 lat. Wiadomo, że mimo braku kierowców osoby bez doświadczenia, a już szczególnie kobiety, nie mają łatwego startu. Początkowo nawet nie chciałam iść do tej samej firmy, bo obawiałam się pracy razem – różnie jest odbierane małżeństwo w jednej firmie. Szukałam pracy gdzie indziej, ale bez doświadczenia było bardzo ciężko. Owszem, był pomysł podwójnej obsady, ale wchodziły weekendy w grę, a my ze względu na młodszego syna nie możemy sobie na to pozwolić. Jednocześnie miałam pewność, że szef – wtedy jeszcze mojego męża – da mi szansę i pracę.

Cdn.










