Na trasie przez Rumunię i Węgry – moje życie za kierownicą ciężarówki

Na trasie przez Rumunię i Węgry – moje życie za kierownicą ciężarówki

O początkach zawodowej kariery Moniki, która została kierowcą ciężarówki już pisaliśmy. Teraz czas na drugą część jej opowieści.

Moje pierwsze trasy były prawdziwą tragedią. Bardzo się bałam, zwłaszcza w górach, w Karpatach, gdzie trudne manewry, zjazdy i cofanie pod rampę wymagały precyzji i doświadczenia. Z czasem jednak nauczyłam się parkować każdą ciężarówkę sama, opanowałam trudne manewry i teraz nawet najgorsze dziury nie stanowią dla mnie problemu. Najpierw jeździłam DAF-em 105, a teraz mam 106. Mój mąż prowadzi nową siódemkę z kamerami, a ja nie jestem przyzwyczajona do kamer, więc poprosiłam szefa, żeby dał mi lusterka – dużo lepiej mi się na nich prowadzi pojazd.

Rumunia to spokojny kraj do jazdy – cisza, parkingi co 15–20 kilometrów, a autostrady, choć nieco monotonne, pozwalają odpocząć. Ja jednak kocham góry, zjazdy i serpentyny, które wymagają uwagi i umiejętności redukowania biegów. Kanion od Sibiu do Pitesti był dla mnie dużym wyzwaniem – czasem trzeba wjechać na przeciwny pas, żeby ciężarówka się nie zawiesiła. Takie doświadczenia uczą cierpliwości i opanowania.

Parkingów jest wiele i często są zadbane – ludzie sprzątają, dbają o czystość, a nawet w ubikacjach czasami stoją kwiaty, co w Polsce praktycznie się nie zdarza. Takie drobne rzeczy robią ogromną różnicę po wielu godzinach spędzonych za kierownicą.

Na Rumunii już mnie znają, bo jeżdżę tu od dziesięciu lat. Inspektorzy często reagują przyjaźnie: „Ladies, go, go”, a chłopaki żartują, że „kto ma cycki, ten ma lżej”. Na Węgrzech natomiast jest dużo surowiej – kontrolują opony, tarcze i tachografy, niezależnie od płci, i każde niedopatrzenie kosztuje. Dodatkowo Węgrzy mówią tylko w swoim języku, podczas gdy w Rumunii coraz częściej można porozumieć się po angielsku.

Bukareszt też daje wiele możliwości. Kiedy mam czas, mogę pozwiedzać miasto, lasy i miejsca związane z legendami o Draculi. Lubię grzyby, a w tamtejszych lasach często można znaleźć prawdziwe skarby natury. Jest też jeden parking na Węgrzech, gdzie wszyscy kierowcy unikają nocowania, bo są głosy, że duch zmarłego kierowcy na nim straszy. Ja tam byłam i nigdy nikt do mnie nie w nocy zapukał. Słyszałam różne historie o duchach, ale sama nigdy nie doświadczyłam niczego takiego i dlatego np. wchodzę do ciemnego lasu, jako jedna z nielicznych osób.

Jako jedyna kobieta w firmie często muszę decydować sama, czy naprawiam coś na miejscu, proszę kogoś o pomoc, czy dzwonię po assistance. Często przyjeżdżają do mnie, bo walczę z nowotworem od dwóch lat i wróciłam do pracy po kilku operacjach. Trudno mi wychodzić z kabiny, dlatego psy, które kiedyś jeździły ze mną – Tosia i Leon – teraz zostają w domu. Zdarzały się drobne awarie, np. złapanie gumy. Trzech Polaków minęło mnie, żeby się nie zatrzymać, a dwóch Romków zatrzymało się i wymieniło mi koło, mimo że dawałam radę sama. Takie sytuacje uczą, że w trasie liczy się nie tylko doświadczenie, ale i wzajemna pomoc oraz solidarność kierowców.

CDN.

Sprawdź także