Witam wszystkich, mam na imię Natalia i chciałabym podzielić się z Wami moją wielką pasją, jaką jest prowadzenie ciężarówki.
Skąd to się wzięło? Sama nie wiem, bo nie planowałam tego. Nie było marzenia o ciężarówce ani dziecięcej wizji siebie za dużą kierownicą. Decyzja o zostaniu kierowcą przyszła spontanicznie, jak wiele rzeczy w moim życiu. Dopiero z perspektywy czasu dotarło do mnie, że coś w tym wszystkim było „zapisane” znacznie wcześniej.
Mój tata jeździł Starem i do trzeciego roku życia zabierał mnie ze sobą w trasy. Potem przestał, ale możliwe, że właśnie wtedy gdzieś w głowie zapisał się obraz drogi, kabiny i ciągłego ruchu.

Z wykształcenia jestem po studiach wyższych. Logistyka, ale od strony rachunkowości i finansów. Teoretycznie coś z obszaru TSL, w praktyce niewiele miało to wspólnego z realną pracą kierowcy. I właśnie dlatego postanowiłam pójść zupełnie inną drogą niż ta, do której przygotowywały mnie studia.
Prawo jazdy kategorii B zrobiłam w 2006 roku, mając 20 lat – jak większość młodych ludzi. Jeździłam wtedy osobówką raczej sporadycznie i, mówiąc wprost, nie radziłam sobie za dobrze. Przez długie lata nie było mowy o żadnej zawodowej jeździe, żadnych busach, żadnych planach związanych z transportem.
Aż w końcu przyszedł impuls. Od lat żyję w ten sposób, że jeśli coś wpadnie mi do głowy, to po prostu to realizuję. I tak nagle poczułam, że powinnam zrobić prawo jazdy na ciężarówkę. Kiedy pierwszy raz usiadłam za kierownicą, od razu wiedziałam, że to jest to.

Zaczęłam od kategorii C, a później zrobiłam C+E. Egzaminy? Placyk dał mi mocno w kość — tam były największe problemy. Za to każdy wyjazd na miasto był już właściwie formalnością. Co ważne, nie spotkałam się z żadnym negatywnym podejściem ze strony instruktorów. Wręcz przeciwnie — wszystko odbywało się w bardzo pozytywnej atmosferze. Zdawałam w Toruniu i naprawdę mogę to miejsce pochwalić.
Pierwszą pracę znalazłam zaskakująco łatwo. Przewoźnik był zdziwiony – świeżak, kobieta, do tego jeszcze z miasta. Pytał, czy nie pochodzę ze wsi, bo to „inaczej wygląda”. Mimo wątpliwości dał mi szansę. I zaryzykował.
Dostałam Scanię „czwóreczkę”, już pełnoletnią, ale bardzo fajną. Jeździłam zestawem z naczepą z ruchomą podłogą. To była jazda krajowa i od samego początku postawiłam jasny warunek: codzienne powroty do domu. Rodzina jest dla mnie najważniejsza i nie było tu miejsca na kompromisy.

W tej firmie przepracowałam półtora roku. Potem wydarzyła się dość nietypowa historia. Obecny pracodawca zobaczył mnie gdzieś „w mieście”, gdy przejeżdżałam zestawem. Miał u siebie problem z kierowcą i stwierdził, że potrzebuje kogoś cierpliwego. Uznał, że skoro jestem kobietą, to tej cierpliwości mi nie zabraknie. Zlecił odnalezienie mnie na Facebooku, skontaktował się i… tak już zostało. Od 2017 roku, właściwie do dziś.
Cały czas jeżdżę w kraju, a nawet bardzo lokalnie – „koło komina”. Codziennie wracam do domu i to się nie zmienia, bo przy każdej zmianie pracy ten warunek jest dla mnie absolutnie kluczowy.
Jestem mężatką i mam dwójkę dzieci. Dziś mają 12 i 14 lat, ale kiedy zaczynałam jeździć, były jeszcze małe. Właśnie dlatego tak bardzo zależało mi na codziennych powrotach. Obecnie jeżdżę firanką i pracuję w stałych miejscach załadunku i rozładunku.

Na początku zdarzało się, że ludzie myśleli, iż przyjechałam jako osoba towarzysząca i prosili, żebym „poszła po kierowcę”. Dziś to już przeszłość. Widok kobiety za kierownicą nikogo nie dziwi, a reakcje są raczej pozytywne.
Jeśli chodzi o sytuacje awaryjne – oczywiście, zdarzają się różne rzeczy: opona, drobna usterka, problemy z zabezpieczeniem towaru. Widzę, że kierowcy chętnie pomagają, choć ja akurat jestem typem „Zosi samosi”. Zawsze staram się radzić sobie sama. Chyba wyniosłam to z domu – mama i siostra były raczej „od kuchni”, a ja z tatą „od garażu”. I tak mi już zostało.
Cdn.










