Powinien jechać, pilnować czasu pracy, reagować na sytuację na drodze i kontrolować zestaw. Ale za stan techniczny pojazdu odpowiada przewoźnik. Tyle teoria. W praktyce, gdy dochodzi do kontroli albo poważniejszego zdarzenia, to właśnie kierowca jako pierwszy ponosi konsekwencje. Ten przypadek pokazuje to aż za dobrze.
Usterka była poważna – zestaw nie miał prawa jechać dalej
Na punkcie kontrolnym w Trzebinie (DK41) inspektorzy ITD zatrzymali zestaw należący do czeskiego przewoźnika, wykonujący transport na trasie Niemcy – Czechy. Już podczas wstępnej kontroli było jasne, że coś jest nie tak – z naczepy wyraźnie było słychać uchodzące powietrze.
Szybka weryfikacja i wszystko stało się jasne: rozerwana poduszka pneumatyczna na pierwszej osi. Usterka poważna, zakwalifikowana jako bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa ruchu. Decyzja mogła być tylko jedna – zakaz dalszej jazdy do czasu usunięcia problemu.
Z relacji kierowcy wynika, że uszkodzenie powstało wcześniej, podczas załadunku w Niemczech. Plan był prosty – dojechać na bazę w Czechach i tam naprawić zestaw. Czyli scenariusz dobrze znany w branży. Problem pojawia się po drodze, kierowca go zgłasza, ale transport musi się „kręcić” dalej.
Można się domyślać, jak to wygląda w praktyce – telefon, szybka konsultacja i decyzja, żeby kontynuować jazdę.
Kierowca z mandatem, przewoźnik z postępowaniem
Efekt kontroli? Zakaz dalszej jazdy, wszczęcie postępowania wobec przewoźnika i osoby zarządzającej transportem… oraz mandat dla kierowcy.
I tu zaczyna się dobrze znany problem.
Bo o ile nikt nie podważa, że pojazd w takim stanie nie powinien wyjechać na drogę, o tyle pytanie brzmi: kto realnie za to odpowiada? Zgodnie z przepisami to przewoźnik odpowiada za stan techniczny pojazdu i dopuszczenie go do ruchu. To on organizuje serwis, naprawy i utrzymanie floty.
Kierowca w takich sytuacjach znajduje się dokładnie tam, gdzie najczęściej – na końcu łańcucha. Z jednej strony ma świadomość usterki. Z drugiej – presję czasu i realizacji zlecenia. Decyzje zapadają wyżej, a on je wykonuje. Do momentu kontroli. Bo wtedy wszystko się zatrzymuje, a odpowiedzialność materializuje się bardzo szybko – i zaczyna się od tego, kto siedzi za kierownicą.
Kto naprawdę odpowiada za stan techniczny?
Ten przypadek to kolejny przykład rozjazdu między teorią a praktyką. Na papierze odpowiedzialność jest jasno określona. W rzeczywistości to kierowca jako pierwszy „zbiera” za sytuację, na którą nie zawsze miał realny wpływ.
I właśnie dlatego takie historie nie znikają, bo w transporcie wciąż wygląda to bardzo podobnie.
Źródło: WITD Opole










