36-latek zasłabł za kierownicą autobusu. Przypadek czy sygnał ostrzegawczy dla całej branży?

36-latek zasłabł za kierownicą autobusu. Przypadek czy sygnał ostrzegawczy dla całej branży?

Zdarzenie wygląda niepozornie. Autobus, kilku pasażerów, zjazd na pobocze i uderzenie w drzewo. Policja kwalifikuje sprawę jako kolizję. Ale jeden element całkowicie zmienia perspektywę – kierowca zasłabł za kierownicą.

36-letni mężczyzna przewoził pracowników. W pojeździe znajdowało się jeszcze pięć osób. W pewnym momencie, w okolicach miejscowości Darżyno, stracił panowanie nad pojazdem, zjechał z drogi i uderzył w drzewo. Badanie alkomatem wykazało, że był trzeźwy. Został przewieziony do szpitala na dalszą diagnostykę.

I choć formalnie mówimy o kolizji, trudno przejść obojętnie obok tego, co wydarzyło się chwilę wcześniej.

Zasłabnięcie nie bierze się znikąd

Utrata przytomności za kierownicą, szczególnie u 36-letniego kierowcy, nie jest czymś, co można zrzucić na przypadek. Powody mogą być różne – od przemęczenia, odwodnienia i braku snu, po problemy kardiologiczne, neurologiczne czy zaburzenia metaboliczne. Niezależnie od przyczyny, jedno jest pewne: organizm wcześniej wysyła sygnały ostrzegawcze.

Problem w tym, że w transporcie bardzo często są one ignorowane.

Nie tylko autobusy. Problem jest gdzie indziej

W tym przypadku chodzi o kierowcę autobusu. Teoretycznie – jedną z bardziej „uporządkowanych” gałęzi transportu. Kierowcy autobusów zazwyczaj pracują w bardziej przewidywalnych warunkach. Częściej wracają na bazę, mają regularniejsze grafiki i realnie większe możliwości odpoczynku niż wielu kierowców ciężarówek.

Dlatego ten przypadek może zaskakiwać. Ale jednocześnie jeszcze mocniej kieruje uwagę w stronę innej grupy – kierowców samochodów ciężarowych i dostawczych.

Tam, gdzie granice przesuwa się najdalej

W transporcie ciężkim i szczególnie w przewozach busami problem przemęczenia i ignorowania sygnałów organizmu jest znacznie bardziej widoczny. W przypadku ciężarówek system tachografów i kontroli czasu pracy przynajmniej w teorii narzuca pewne ograniczenia. Ale w transporcie lekkim, w busach, wciąż jest inaczej.

Brak obowiązkowych tachografów w wielu pojazdach do 3,5 tony sprawia, że granicą bardzo często staje się nie przepis, a wytrzymałość organizmu kierowcy. A ta – jak pokazuje życie – nie jest nieskończona.

„Jeszcze jeden kurs” zamiast reakcji

W praktyce wygląda to znajomo. Zmęczenie? Da się przejechać. Zawroty głowy? Może miną. Osłabienie? Jeszcze tylko rozładunek.

To mechanizm, który działa w całej branży. Kierowcy przyzwyczajają się do funkcjonowania na granicy wydolności. Organizm wysyła sygnały, ale są one przesuwane na później. Do momentu, w którym nie da się ich już zignorować.

Badania to nie wszystko

Obowiązkowe badania lekarskie istnieją i są regularnie wykonywane. Problem w tym, że pokazują stan zdrowia „na dany moment”. Między kolejnymi badaniami może wydarzyć się bardzo dużo – szczególnie przy intensywnym trybie pracy, stresie i nieregularnym trybie życia. Jeśli do tego dochodzi brak reakcji na pierwsze objawy, ryzyko rośnie.

Kilka sekund, które mogą zmienić wszystko

W tym przypadku skończyło się na uderzeniu w drzewo. Autobusem podróżowało pięć osób. Ale wystarczy zmienić jeden element – większa prędkość, ruchliwa droga, inna pora dnia – i konsekwencje mogłyby być znacznie poważniejsze.

Zasłabnięcie za kierownicą nie daje czasu na reakcję. To sytuacja, w której kierowca z sekundy na sekundę traci kontrolę.

Sygnał ostrzegawczy dla całej branży

To zdarzenie trudno traktować wyłącznie jako jednostkowy przypadek. Raczej jako przypomnienie, że w transporcie zagrożenie nie zawsze wynika z błędu na drodze, warunków czy innych uczestników ruchu. Czasem zaczyna się znacznie wcześniej – od przemęczenia, zignorowanych objawów i decyzji, by mimo wszystko wsiąść za kierownicę.

I właśnie dlatego to nie jest tylko historia jednego kierowcy autobusu.

Źródło: Policja

Sprawdź także