„Nie czuję się bohaterem” – wywiad z Piotrem Kubackim, który płonącym zestawem wyjechał z niemieckiego tunelu, ratując nie tylko siebie…

„Nie czuję się bohaterem” – wywiad z Piotrem Kubackim, który płonącym zestawem wyjechał z niemieckiego tunelu, ratując nie tylko siebie…

Dla przypomnienia… Do zdarzenia z płonącym zestawem w 8-kilometrowym tunelu Rennsteig na autostradzie A71 w pobliżu miejscowości Suhl w Turyngii doszło w ubiegły  czwartek wieczorem. 

„Kierowca – bohater”, tym mianem zostałeś okrzyknięty zarówno przez niemieckie, jak i polskie media. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem?

Nie do końca, bo owszem jestem kierowcą, ale bohaterem się nie czuję. W sytuacji, która wydarzyła się w niemieckim tunelu, miałem po prostu dużą dawkę szczęścia. I tylko wypada się cieszyć, że wszystko skończyło się dobrze…

Czy w takim razie jesteś kierowcą, który w żyłach zamiast krwi ma olej napędowy?

– Też nie. Owszem lubię jeździć, ale to nie jest mój cały świat. Choć za kierownicę traktora wsiadłem, gdy jeszcze nie chodziłem do szkoły. Ale wtedy nie skończyło się to dobrze, bo przejechałem szopę. Choć nie do końca, bo ściana nie puściła.

Wobec tego, kiedy zostałeś kierowcą zawodowym?

– Jeżdżę przeszło 17 lat i różnie pod tym względem bywało. Wiadomo, że zaczynałem od „krajówki”, ale od razu był to ciągnik siodłowy. Potem zacząłem jeździć solówką za granicę, a następnie wróciłem do kraju z powrotem na plandekę. Następnie „beczką” woziłem paszę.

 Ile lat temu trafiłeś do firmy, w której obecnie pracujesz?

– W firmie IKO w Margońskiej Wsi jeżdżę już od 10 lat. Trafiłem do niej trochę przypadkowo, bo akurat zwolniło się miejsce, ale po pierwszych jazdach „egzamin” zdałem, bo jeżdżę w niej do dziś. Generalnie mam trasy od poniedziałku do piątki i robię „kółka” Polska – Francja.

Jednak plandekę zamieniłeś na autotransporter…

– Tak, w czerwcu ubiegłego roku. Jest to dla mnie nowe doświadczenie i czasami nie do końca wiem, jak to wszystko „ułożyć”. Ale wówczas dzwonię do kolegów z prośbą o poradę, bo to są jednak stare „wygi”. I oni mówią, że tego daj do przodu, drugiego tyłem i wiem, że wówczas jest OK. Nie uważam się bowiem za mistrza kierownicy i gdy czegoś nie wiem, to pytam innych, jak powinienem dany problem rozwiązać.

Niemniej, gdy zdarzyła Ci się ta niecodzienna sytuacja w 8-kilometrowmym tunelu w Turyngii, musiałeś sobie radzić sam…

– Gdy wystrzeliła opona w tunelu to zjechałem do zatoczki, by sprawdzić, co się stało. Ale, jak zobaczyłem ogień to pobiegłem po gaśnicę, ale nie do końca udało mi się zgasić ogień. Zdecydowałem się więc jechać dalej i gdy zobaczyłem punkt „SOS”, to się zatrzymałem i powiedziałem, że jest pożar. Nie czekając nawet na odpowiedź wskoczyłem do kabiny i pojechałem dalej. Chciałem jak najszybciej wyjechać z tunelu, bo nie chodziło tylko o moje życie, ale wszystkich kierowców, którzy jechali za mną.

Wszystko na szczęście skończyło się szczęśliwie…

– Gdy wyjechałem z tunelu, akcję podjęła straż pożarna, która ugasiła pożar. Nie obyło się wprawdzie bez strat, bo spłonęły cztery samochody, które przewoziłem i dwa były nadpalone.

Czy emocje, które towarzyszyły Ci w nocy 8 lutego już opadły?

– I tak, i nie. Mam bowiem świadomość, że w tej sytuacji zarówno ja, jak i ci jadący za mną mieliśmy mnóstwo szczęścia. Wystarczyło przecież, by przepalił się wąż od powietrza i samochód by stanął. Myślę do tej pory, czy do końca dobrze zrobiłem zatrzymując się w tunelu, bo wówczas ogień wzrastał… Ale wówczas działałem bez wątpienia pod wpływem adrenaliny. Najważniejsze jednak, że wszystko skończyło, się dobrze i nie tylko ja, ale i inni szczęśliwie wróciliśmy do rodzin. W moim przypadku do żony Kasi oraz dzieci Olafa i Zuzi…

Sprawdź także