Cześć, witam wszystkich związanych z kierownicą. Mam na imię Dżesika – tak, przez „dż”, spolszczone. Moja mama bardzo chciała, żeby było przez „J”, ale w Urzędzie Stanu Cywilnego się nie zgodzili i tak już zostało. Jestem rodowitą Polką, a samo imię to efekt fascynacji mamy jakąś aktorką – dziś już nawet nie pamiętam którą, ale miała właśnie na imię Jessica.

Z wykształcenia jestem technikiem handlowym. Po technikum próbowałam jeszcze szkoły medycznej, chciałam zostać fizjoterapeutką, ale skończyło się na pierwszym roku. Bardzo podobał mi się ten kierunek, wiązałam z nim nadzieje na przyszłość, często też pomagałam w fizjoterapii dzieci w formie wolontariatu. Niestety osoba odpowiedzialna za zaliczenie mojego egzaminu z praktyk, w mojej ocenie szukała taniej siły roboczej na kolejne 1,5 miesiąca i postanowiła nie zaliczyć mi egzaminu. Jestem osobą dość buntowniczą i postanowiłam, że nikt nie będzie układał mi życia. Tak skończyła się przygoda z medycyną. W tym samym czasie zrodził się pomysł zrobienia prawa jazdy na „duże”.

Z transportem związałam się jakieś 15–16 lat temu. Najpierw zrobiłam kategorię C, a zaraz po niej C+E, praktycznie jedno po drugim. C udało się zdać za pierwszym razem, natomiast przy E już tak łatwo nie było.
Do dziś pamiętam ten egzamin bardzo dokładnie. Wchodzę, egzaminator patrzy – kobieta i ciężarówka – i w tym momencie już wiedziałam, że będzie ciężko. Przy cofaniu na łuku sytuacja była wręcz absurdalna. Wychodził z linijką i dwa razy stwierdził, że „brakuje centymetra”. Dosłownie centymetra. I mnie oblał.
To była taka sytuacja, w której człowiek czuje, że niezależnie od tego, co zrobi, i tak będzie pod górkę. Za drugim razem już się udało, ale ta historia została ze mną na długo. To była też pierwsza lekcja, że w tym zawodzie liczą się detale, a czasem trzeba się po prostu przebić przez czyjeś nastawienie.

Znalezienie pierwszej pracy nie było dla mnie problemem, ale zawdzięczam to mojemu partnerowi – Erwinowi, z którym jestem do dziś. To właśnie w firmie, w której pracował, pojawiła się możliwość, żebym zrobiła kurs i zaczęła jeździć. W tamtym czasie było to dość popularne rozwiązanie, więc skorzystałam.
Zaczynaliśmy razem i przez 10 lat jeździliśmy w podwójnej obsadzie. Podział obowiązków wyszedł u nas bardzo naturalnie. Nie było żadnych stereotypów ani narzucania ról. Erwin zawsze powtarzał, że dobrze jeżdżę i że jestem pokorna na drodze, co w tym zawodzie ma ogromne znaczenie.
Z czasem po prostu się to ułożyło – on przejął więcej rzeczy technicznych, czynności przy załadunkach i rozładunkach, kwestie sprzętowe. Ja zajmowałam się dokumentacją, papierami i ogarnianiem kabiny, bo w tym czułam się lepiej. Nic nie było narzucone, po prostu tak było wygodniej i skuteczniej.

Na początku bardzo często byłam traktowana jak pasażer, a nie kierowca. To był standard. Podjeżdżaliśmy do firmy i pierwsze, co słyszałam, to informacja, że pasażer nie może wjechać na teren. I dopiero zaczynało się tłumaczenie, że ja też jestem kierowcą. Sprawdzanie dokumentów, weryfikacja i dopiero wtedy mogłam wjechać. Z czasem ludzie zaczęli się do tego przyzwyczajać i podejście się zmieniało, ale na początku to była codzienność.
Pierwsze auto, którym jeździłam, to był MAN TGA w wysokiej kabinie. I to było naprawdę mocne zderzenie z rzeczywistością.
Egzamin zdaje się na zupełnie innym sprzęcie – mniejszym, prostszym, bez łóżka, bez tej całej przestrzeni. A tu nagle wysoka kabina, inna skrzynia biegów, przebijanie, górne i dolne zakresy, połówki… Na początku to była czarna magia. Trochę mi zajęło, zanim to wszystko ogarnęłam.

Później był epizod z Iveco, a następnie DAF, który przez lata był moją największą „miłością”, jeśli chodzi o markę. Tak się składało, że w firmach, w których pracowaliśmy, często trafiały się DAF-y i naprawdę dobrze je wspominam.
Dziś patrzę na to trochę inaczej, bo prowadzę własną firmę i zwracam uwagę na koszty, awaryjność i eksploatację. Ale wtedy to był mój numer jeden.

Cdn.










