Decyzja, która zmieniła wszystko – własna firma

Decyzja, która zmieniła wszystko – własna firma

Dżesika jest osobą dość buntowniczą i postanowiła, że nikt nie będzie układał jej życia. Skończyła przygodę z medycyną i zaczęła za kierownicą „dużego” o czym już pisaliśmy.

Firmę transportową prowadzę od pięciu lat i szczerze mówiąc – to nie był plan.

Przez osiem lat pracowaliśmy u jednego pracodawcy. Z czasem staliśmy się taką „parką od wszystkiego”. Ludzie dzwonili do nas z pytaniami o ADR-y, sprzęt, naprawy. Jak ktoś miał problem, słyszał: „dzwoń do Parki”.

W pewnym momencie pojawiły się podwyżki, ale nie dla wszystkich. Próbowałam rozmawiać, trzy razy podchodziłam do tematu i trzy razy nic z tego nie wyszło. W końcu razem z Erwinem uznaliśmy, że nie chcemy tak dalej pracować. Albo zmieniamy firmę, albo robimy coś swojego.

Tak się złożyło, że mieliśmy dobrego kolegę, który niedawno założył firmę i zaczął nas namawiać na to samo. Ja się przed tym broniłam rękami i nogami, bo wiedziałam, z czym to się wiąże – nerwy, odpowiedzialność, problemy. Ale partner się w to wkręcił.

W końcu podziękowaliśmy pracodawcy, pojechaliśmy do pierwszej lepszej księgowej znalezionej w Internecie, założyliśmy firmę… i tyle.

Pamiętam moment, kiedy siedzieliśmy na progu domu i dotarło do nas, że mamy firmę na papierze, wydaliśmy ostatnie pieniądze na licencję i dokumenty… i nie mamy nic więcej.

Pierwszy zestaw był wypożyczony. Przez kilka miesięcy mieliśmy problem z leasingiem, bo firma była za młoda. To był 2021 rok, zaraz po COVID-zie. Transport wtedy ledwo zipał i wiele osób pukało się w głowę, że w takim czasie zakładamy firmę. My chyba nawet nie analizowaliśmy tego w ten sposób. Po prostu wiedzieliśmy, że trzeba coś robić.

Zaczęliśmy od jednego zestawu. Pierwsze zlecenia robiliśmy pod Amazonem i powoli zaczęło się to kręcić. Dziś mamy sześć zestawów, siódmy jest w drodze. To nie jest ogromna firma, ale wszystko wydarzyło się stosunkowo szybko. Zaczynaliśmy od używanych Renault i – szczerze mówiąc – zrobiły robotę. Choć wielu kierowców nie darzy tej marki sympatią, ja nie mam złego słowa do powiedzenia, jeśli chodzi o awaryjność.

Później pojawiły się nowsze zestawy i dziś flota jest już całkiem młoda.

Nazwa firmy – Trans-Action – też nie była jakoś szczególnie przemyślana. Kolega rzucił hasło „transport w akcji” i tak zostało. A pszczoła w logo? To był pomysł naszej serdecznej koleżanki, która notabene wykonała jego roboczą wersję. Pierwsza ciężarówka była żółta i ktoś powiedział: „o, jaka ładna pszczółka”. No i się przykleiło.

Dziś wszystkie zestawy mamy żółte, nawet naczepy, a pszczoła stała się czymś rozpoznawalnym.

Mimo prowadzenia firmy nadal jeżdżę i nie wyobrażam sobie inaczej. Po pierwszym roku działalności zrezygnowaliśmy z podwójnej obsady i każde z nas jeździ osobno, bo to się po prostu bardziej opłacało.

Główne kierunki to Irlandia – mamy tam kontakty jeszcze z wcześniejszych lat.

Nie czuję się „szefową” i nie lubię tego określenia. Kierowcy czasem żartują, mówią „dzień dobry pani prezes”, ale to raczej dla śmiechu. Staram się prowadzić firmę normalnie. Rozmowa to podstawa i tego się trzymamy. Mamy stałą ekipę i w dzisiejszych realiach to naprawdę dużo znaczy.

Czy transport przestał być męski? Moim zdaniem jeszcze nie. Kobiet jest więcej, ale nadal zdziwienie, kiedy kobieta wysiada z ciężarówki, potrafi być spore – nawet w Polsce. My się w to dopiero wplatamy.

I powiem wprost – transport nie jest dla każdego. Ani dla kobiet, ani dla mężczyzn. Mam koleżanki, które mnie podziwiają, ale same przyznają, że nawet osobówką nie czują się pewnie.

Nie każda kobieta odnajdzie się w tym zawodzie. I to jest zupełnie normalne.

„Szerokości” i do zobaczenia w drodze 😉

Sprawdź także