Jeszcze kilka lat temu niektórzy przewoźnicy kombinowali z czasem pracy, tachografami albo winietami. Dziś coraz więcej cwaniaków najwyraźniej uznało, że da się „prześlizgnąć” przez system e-TOLL. Zwłaszcza po tegorocznych podwyżkach opłat część firm chyba doszła do prostego wniosku: może jakoś się uda.
Problem w tym, że „jakoś” kończy się potem kaucją na kilkadziesiąt albo nawet ponad sto tysięcy złotych.
I co najważniejsze — nie dotyczy to wyłącznie ciężarówek. Ostatnie kontrole pokazują bardzo wyraźnie, że problem obejmuje praktycznie wszystkie pojazdy objęte obowiązkiem opłat drogowych. Autokary, busy, zestawy ciężarowe. Każdy może wpaść. A raczej — wcześniej czy później wpada.
Jeden autokar i dziesiątki naruszeń
Najgłośniejszy ostatnio przypadek dotyczy ukraińskiego autokaru kursowego skontrolowanego kilka dni temu na przejściu granicznym w Dołhobyczowie. Funkcjonariusze lubelskiej Służby Celno-Skarbowej doliczyli się aż 77 naruszeń związanych z brakiem opłat w systemie e-TOLL. Efekt? Kaucja na poczet przyszłej kary w wysokości 115 500 zł.
To już nie wygląda jak zwykłe „zapomnienie o aplikacji”. Bardziej jak regularny sposób działania.
Bo jeśli ktoś przez dziesiątki przejazdów korzysta z płatnych dróg i ani razu nie reguluje należności, to później trudno mówić o przypadku czy chwilowym niedopatrzeniu. Zwłaszcza że system e-TOLL od dawna nie działa już po omacku.
Nie tylko autokary próbują „oszczędzać”
Podobny scenariusz rozegrał się wcześniej na Dolnym Śląsku. W lutym funkcjonariusze KAS zatrzymali słowackiego przewoźnika poruszającego się pojazdem ciężarowym, który w ogóle nie był zarejestrowany w systemie e-TOLL. Kontrola wykazała aż 59 naruszeń z ostatnich miesięcy. Na miejscu pobrano ponad 88 tys. zł kaucji.
I znowu — nie był to jeden przypadkowy przejazd bez opłaty. Przewoźnik miesiącami korzystał z płatnych dróg, najwyraźniej licząc, że nikt tego nie zauważy.
Jeszcze inny przypadek ujawniono w marcu. Tym razem chodziło o pojazd dostawczy ukraińskiego przewoźnika zatrzymany na A4. Kontrola wykazała, że firma przez osiem miesięcy korzystała z płatnych odcinków dróg bez uiszczania opłat e-TOLL. Kara? Ponad 43 tys. zł.
I właśnie tutaj widać pewną prawidłowość. To już nie są pojedyncze przypadki czy „awarie urządzenia”. Coraz częściej wygląda to raczej na chłodną kalkulację: jeździmy, dopóki nikt nas nie zatrzyma.
Tyle że dziś praktycznie wszystko zostawia ślad
Kamery, systemy odczytu tablic rejestracyjnych, kontrole mobilne, bramownice, dane z przejazdów. Naprawdę trzeba mieć wyjątkowo dużo wiary w szczęście, żeby sądzić, że w 2026 roku można regularnie jeździć bez e-TOLL-a i pozostać niewidzialnym.
Zwłaszcza że kary potrafią rosnąć błyskawicznie. Jedno naruszenie oznacza nawet 1500 zł. A kiedy takich przejazdów zbiera się kilkadziesiąt, robią się kwoty, od których wielu przedsiębiorców może dostać zawrotów głowy.
I właśnie dlatego historie o „sprytnym omijaniu systemu” coraz częściej kończą się spektakularnymi zatrzymaniami i równie spektakularnymi przelewami na konto fiskusa.
Bo można próbować oszczędzać na e-TOLL-u. Problem w tym, że potem przychodzi rachunek. I zwykle jest dużo wyższy niż wszystkie nieopłacone przejazdy razem wzięte.
Źródło: IAS w Lublinie










