Sądowy zakaz prowadzenia pojazdów, blisko 1,5 promila alkoholu i ciężarówka. 59-letni mieszkaniec Zabrza najwyraźniej uznał, że mimo wszystko może usiąść za kierownicą. Skończyło się kolizją na DK10 w Pile.
Zaczęło się od kolizji dwóch ciężarówek
Kierujący ciężarówką najechał na tył poprzedzającego go pojazdu ciężarowego. Jego kierowca, 46-letni mieszkaniec powiatu chodzieskiego, prawidłowo hamował przed sygnalizatorem świetlnym, gdy światło zmieniło się na czerwone.
Początkowo wyglądało to więc na jedną z wielu kolizji, do których dochodzi na drogach. Szybko okazało się jednak, że w tym przypadku problem jest znacznie poważniejszy. Badanie alkomatem wykazało, że 59-letni mieszkaniec Zabrza miał w organizmie prawie 1,5 promila alkoholu. Policjanci sprawdzili również jego uprawnienia. Wtedy wyszło na jaw, że mężczyzna ma aktywny sądowy zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych.
Sądowy zakaz prowadzenia pojazdów najwyraźniej nie wystarczył
Trudno nie zadać sobie pytania: co jeszcze musi się wydarzyć, żeby kierowca odpuścił?
Sam sądowy zakaz powinien być przecież bardzo wyraźnym komunikatem: za kierownicą siadać nie wolno. Tymczasem 59-latek ponownie prowadził ciężarówkę. I zrobił to dodatkowo po alkoholu. Nie chodzi więc o jeden przypadkowy błąd. Najpierw była decyzja o prowadzeniu mimo zakazu, później jazda w stanie nietrzeźwości, a na końcu kolizja.
Niestety, takie przypadki zdarzają się relatywnie często. A my staramy się o nich informować, ku przestrodze…
Czy groźba więzienia naprawdę odstrasza?
Kierowca usłyszał zarzut prowadzenia pojazdu w stanie nietrzeźwości w czasie obowiązywania zakazu prowadzenia pojazdów. Przyznał się do jego popełnienia. Odpowie również za spowodowanie kolizji. Za popełnione przestępstwa grozi mu kara do 5 lat pozbawienia wolności.
I właśnie tutaj pojawia się pytanie, które jest chyba ciekawsze od samej policyjnej notatki.
Czy perspektywa takiej kary rzeczywiście może powstrzymać człowieka przed prowadzeniem?
Przecież ten kierowca już wcześniej dostał bardzo wyraźny sygnał, że nie powinien prowadzić. Mimo tego ponownie usiadł za kierownicą. Można więc zastanawiać się, czy problemem jest wysokość kary, czy raczej przekonanie, że „jakoś to będzie” i że tym razem nikt go nie zatrzyma.
Tym razem zatrzymała go dopiero kolizja i policyjna kontrola.
Tym razem nikomu nic poważnego się nie stało
To chyba najbardziej istotna część tej historii.
W zdarzeniu nikt nie potrzebował pomocy medycznej. Kierowca miał więc sporo szczęścia. Podobnie jak pozostali uczestnicy zdarzenia. Przy blisko 1,5 promila alkoholu i prowadzeniu ciężkiego pojazdu konsekwencje mogły być przecież zdecydowanie poważniejsze.
Wystarczy wyobrazić sobie, że zamiast ciężarówki przed nietrzeźwym kierowcą znalazł się samochód osobowy. Albo że kierowca poprzedzającego pojazdu nie zdążyłby prawidłowo zahamować.
Wtedy nie rozmawialibyśmy już tylko o uszkodzonych ciężarówkach i zarzutach.
Nie chodzi o nagonkę na kierowców ciężarówek
I tutaj warto postawić sprawę jasno.
Ten przypadek nie jest powodem do oceniania wszystkich kierowców zawodowych. Wręcz przeciwnie. Zdecydowana większość kierowców ciężarówek wykonuje swoją pracę odpowiedzialnie, codziennie pokonując setki kilometrów i biorąc odpowiedzialność za pojazdy ważące dziesiątki ton.
Nie można na podstawie zachowania jednego człowieka budować obrazu całego środowiska. Właśnie dlatego takie przypadki trzeba nagłaśniać.
Nie po to, żeby robić nagonkę na kierowców ciężarówek, ale żeby pokazywać zachowania, których na drodze nie można akceptować. Kierowca, który ma sądowy zakaz, a mimo tego siada za kierownicą ciężarówki po alkoholu, nie jest reprezentantem całej branży. Jest przykładem skrajnej nieodpowiedzialności.
Trzy momenty, w których można było powiedzieć „nie jadę”
W tej historii najbardziej zastanawiające jest to, że nie chodzi o jeden błąd.
Najpierw trzeba było zdecydować się na prowadzenie pomimo zakazu. Potem trzeba było wsiąść za kierownicę po alkoholu. Na końcu doszło do kolizji, ponieważ kierowca nie zdołał zatrzymać ciężarówki przed czerwonym światłem.
Trzy kolejne momenty, w których można było powiedzieć: nie jadę. A jednak pojechał.
I być może właśnie dlatego warto o takich przypadkach pisać. Nie po to, by straszyć kierowców karami, ale żeby przypominać, że za każdym razem, gdy ktoś mówi sobie „jakoś to będzie”, na drodze mogą znajdować się również inni ludzie.
Tym razem skończyło się na kolizji i zarzutach. Oby następnym razem żadnego „następnego razu” nie było.
Źródło: Policja










