Bycie kierowczynią autobusu to pasja, odpowiedzialność i adrenalina każdego dnia

Bycie kierowczynią autobusu to pasja, odpowiedzialność i adrenalina każdego dnia

Mam na imię Kasia i jeżdżę autobusem miejskim. Nie mam zbyt dużego doświadczenia ale wybrałam ten zawód z pasji i tak się wszystko potoczyło.

Nie wiem, jak najlepiej mnie nazwać – kierowniczka, kierowczyni, obsługa kierownicy… Teraz mówi się „osoba kierująca”, ale ja wolę klasyczne określenia: kierowczyni albo Pani kierowca.

W lutym skończę 25 lat. Kiedy rozmawiam z niektórymi starszymi pasażerami, czasami porównują mnie z własnymi dziećmi, co jest zabawne i pokazuje, że młody wiek w tym zawodzie wcale nie przeszkadza.

Historia mojej pasji zaczęła się gdzieś w 2016-2017 roku. Dokładnej przyczyny nie pamiętam, ale na pewno wpływ miała rodzina – mój tata jeździ ciężarówką już około 30 lat. Ja sama od zawsze jeździłam autobusem do szkoły i obserwowałam, jak funkcjonuje komunikacja miejska. W szkole średniej miałam więcej okazji, żeby przyjrzeć się przewoźnikom, rozmawiać z kierowcami i czasami w wolnym czasie jeździć liniami, nawet na krótkie wycieczki. W ten sposób złapałam bakcyla – ale w stronę autobusów, a nie ciężarówek, jak tata.

Znam też osoby, które mają prawdziwego „fioła” na punkcie autobusów. To jest pasja, która może wydawać się nietypowa, ale naprawdę istnieje. W Polsce funkcjonuje nawet nieformalne święto miłośników komunikacji miejskiej – to dzień dla tych, którzy kochają autobusy, nie tylko jeździć nimi, ale interesować się ich trasami, techniką i wszystkim, co związane z komunikacją miejską.

Kiedy zaczynałam obserwować kierowców, było to łatwiejsze niż teraz, bo kabiny były mniej zamknięte. Myślałam sobie: „Spróbuję”. I tak się zaczęło – od fascynacji wszystkimi liniami w moim rodzinnym mieście, później dojeżdżania na studia i stwierdzenia, że skoro już tak lubię autobusy, to czemu nie spróbować prowadzić?

Prawo jazdy kategorii D mam niecałe dwa lata. Wcześniej jeździłam samochodami osobowymi – kat. B od 2019 roku. Choć nie jeździłam z tatą w trasy, często słuchałam jego historii z drogi. Moi bracia czasami mieli okazję mu towarzyszyć. Pewnie dlatego wybrałam autobus – żeby spróbować czegoś innego niż ciężarówka.

Kurs prawa jazdy D odbyłam w Gliwicach, a egzamin zdawałam w moim rodzinnym Tarnowie. Za pierwszym razem egzamin praktyczny nie poszedł – stres zrobił swoje, a także różnice w szkoleniu i podejściu egzaminatorów. Poszło o wyjścia ewakuacyjne – w Gliwicach mniej zwracali na to uwagę, w Tarnowie egzaminator wymagał dokładnego wskazania szyb. Za drugim razem też się nie udało, a za trzecim wreszcie zdałam.

Pierwszą pracę w komunikacji miejskiej znalazłam właściwie od razu. Koleżanka w moim wieku, która pracowała już za kółkiem, poleciła mi pracodawcę na Śląsku. Przyjęto mnie z otwartymi rękami, bez obiekcji.

Na co dzień jeżdżę dwunastometrowymi autobusami MAN i Solaris – wyłącznie automaty. Komfort pracy jest całkiem wysoki, nie wymaga siły fizycznej, ale za to odporności psychicznej i nerwów ze stali. Trzeba przewidywać zachowania innych uczestników ruchu i myśleć za nich, reagować błyskawicznie na różne sytuacje.

Na przykład dwa tygodnie temu, kończąc obsługę przystanku, drzwi się zamykały, a ktoś dobiegający wsadził kulę ortopedyczną pomiędzy skrzydła drzwi. Gdybym tego nie zauważyła, mogłoby się skończyć źle. Podobnie bywa z wymuszeniami pierwszeństwa przez osobówki – trzeba przewidywać, kto nagle wjedzie na pas albo zrobi coś nierozsądnego.

Cdn.

Sprawdź także