Nie oszukujmy się – każdy kierowca ciężarówki widział w trasie opony dojeżdżane do granic możliwości. Bieżnik na włos, łaty zamiast wymiany, ciśnienie „na oko”, a z kabiny słychać: „jeszcze pojedziesz, szkoda kasy na nowe”.
Tak wygląda codzienność, bo przewoźnicy często wolą oszczędzać na ogumieniu, niż wydać kilkaset złotych na wymianę. Ale rachunek jest prosty: dla firmy to „oszczędność”, a dla kierowcy ryzyko, że przy 80 km/h na ekspresówce usłyszy huk i poczuje, jak kilkunastotonowy zestaw nagle idzie w bok.
Huk, szarpnięcie i sekundy grozy
Na 62. kilometrze krajowej „ósemki”, między Kłodzkiem a Wrocławiem, doszło do zdarzenia, które mogło skończyć się tragedią.
Za kierownicą ciężarówki siedział 26-latek. W pewnym momencie opona eksplodowała. Zestaw stracił stabilność, uderzył w latarnię, a potem wpadł do rowu.
Na szczęście kierowca wyszedł z tego cało. Ale każdy, kto choć raz miał wystrzał opony, wie, że to moment, w którym serce podchodzi do gardła, a kontrola nad pojazdem wisi na włosku.
Winny kierowca czy przewoźnik?
Prawo mówi jasno: za stan techniczny odpowiada przewoźnik. To on ma zadbać o serwis, wymianę opon i dopuszczenie auta do ruchu. Kierowca odpowiada tylko za tzw. obchód codzienny – ma sprawdzić ciśnienie, ocenić stan opon i reagować, jeśli widzi uszkodzenia.
Ale w praktyce? Wiemy, jak jest. Kierowca meldował, że opony są do wymiany, a w odpowiedzi słyszał: „pojedziesz, nie przesadzaj, jeszcze kilometrów zrobią”. I tak jeździ się do chwili, aż coś strzeli.
Opony to nie miejsce na oszczędności
Wystrzał opony to nie tylko problem finansowy. To zagrożenie życia – kierowcy i wszystkich, którzy akurat znaleźli się obok. Zestaw, który traci stabilność, nie wybiera, kogo zmiecie z drogi.
Dlatego jedno jest pewne: oszczędzanie na ogumieniu to zwykła głupota. Bo pytanie brzmi – czyje życie wyceniamy na komplet nowych opon? Kierowcy? Rodziny w osobówce obok? A może zupełnie obcych ludzi, którzy mieli pecha być w złym miejscu o złym czasie?
Źródło: Policja










