Kierowca na parkingu przy stacji paliw w Pszczółkach powoli zamarzał w kabinie. Zareagowali pracownicy i wezwali policję

Kierowca na parkingu przy stacji paliw w Pszczółkach powoli zamarzał w kabinie. Zareagowali pracownicy i wezwali policję

Do czego to jest podobne, żeby w środku Europy, w XXI wieku, kierowca ciężarówki leżał na parkingu w nieogrzewanej kabinie i był o krok od śmierci z wychłodzenia? Nie na odludziu, nie w rowie, nie w środku lasu, tylko na stacji paliw. W miejscu, gdzie codziennie przewijają się ludzie, gdzie jest sklep, światło i infrastruktura.

A jednak dokładnie to wydarzyło się w nocy z 2 na 3 lutego w gminie Pszczółki na Pomorzu.

Mróz, o którym wszyscy wiedzieli

Ostatnie dni to silne mrozy. Informacje o wychłodzeniu, ostrzeżenia służb, problemy w transporcie publicznym, opóźnienia pociągów i czasowe zamykanie części szkół pojawiały się regularnie. Nie chodzi o straszenie ani o budowanie sensacji – warunki były po prostu trudne i potencjalnie niebezpieczne.

W takich realiach 57-letni kierowca ciężarówki od trzech dni przebywał na parkingu jednej ze stacji paliw.

Trzy dni w lodówce na kołach

Informację o kierowcy policjanci otrzymali od pracowników stacji. Mężczyzna przychodził do sklepu, po czym wracał do kabiny. Dzień po dniu. Gdy funkcjonariusze z Posterunku Policji w Pszczółkach pojawili się na miejscu, zauważyli Scanię z otwartą pokrywą silnika. Awaria. Silnik nie działał, a wraz z nim ogrzewanie.

W kabinie leżał 57-letni mężczyzna przykryty kocem. W środku widoczny był szron i lód. Temperatura była na tyle niska, że samochód bardziej przypominał zamrażarkę niż miejsce pracy. Kierowca był wyraźnie wyziębiony, drżał i mówił niewyraźnie. To nie był chwilowy dyskomfort ani „trudne warunki”. To był stan bezpośredniego zagrożenia życia.

Policja zareagowała. I to wystarczyło, by uratować życie

Policjanci natychmiast wezwali karetkę pogotowia i zabrali mężczyznę do ogrzewanego pomieszczenia sklepu na stacji paliw. Decyzją ratowników medycznych kierowca został przewieziony do szpitala, gdzie otrzymał dalszą pomoc.

Nie ma wątpliwości, że szybka i zdecydowana reakcja funkcjonariuszy uratowała mu życie. Gdyby interwencja nastąpiła kilka godzin później, ta historia mogłaby zakończyć się zupełnie inaczej.

A gdzie był przewoźnik?

I w tym miejscu pojawia się pytanie, którego nie da się pominąć. Najważniejsze i najbardziej niewygodne.

Dlaczego przez trzy dni nie było żadnej pomocy ze strony firmy? Dlaczego nikt nie zabrał kierowcy z uszkodzonej ciężarówki? Dlaczego nie podstawiono innego pojazdu albo nie zapewniono noclegu? Dlaczego człowiek został sam w nieogrzewanej kabinie podczas silnych mrozów?

Trudno uwierzyć, że nikt nie wiedział o awarii. Trudno uwierzyć, że nikt nie miał kontaktu z kierowcą. W czasach telefonów, monitoringu floty, telematyki i dyspozytorów pracujących 24 godziny na dobę taka „niewiedza” brzmi jak wygodna wymówka.

Znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że problem został odłożony „na później”. A kierowca miał po prostu wytrzymać.

To nie był bezdomny. To był kierowca w pracy

Trzeba to jasno podkreślić. Ten mężczyzna nie był osobą bezdomną ani przypadkowym człowiekiem szukającym schronienia. To był kierowca zawodowy, wykonujący swoją pracę. Człowiek, od którego na co dzień wymaga się terminowości, dyspozycyjności i przestrzegania przepisów.

W momencie awarii przestał być potrzebny. Stał się problemem.

I został z tym problemem sam, w mrozie, w kabinie, która zamiast chronić – zaczęła zagrażać jego życiu.

Transport, w którym odpowiedzialność kończy się na awarii

Ten przypadek pokazuje brutalną prawdę o części branży transportowej. Kierowca jest ważny, dopóki jedzie. Gdy stanie — odpowiedzialność się rozmywa. Każda godzina zwłoki, każda decyzja „jutro się tym zajmiemy” w takich warunkach może kosztować życie.

Na szczęście tym razem ktoś zareagował. Nie był to przewoźnik. Była to policja.

Źródło: Policja

Sprawdź także