O początkach „Smerfetki”, która od dziecka chciała jeździć ciężarówką, mieliście okazję już przeczytać.
Pierwsze tygodnie były bardzo ciężkie. Tak naprawdę pierwszy miesiąc był ekstremalnie trudny. Pamiętam swoją pierwszą samodzielną trasę międzynarodową: załadunek w Warszawie, potem Brno, Allen, Krefeld i Kassel. To mnie po prostu pokonało. Zadzwoniłam do spedycji i powiedziałam wprost, że nie dam rady – brak doświadczenia, brak języka, ogromny stres, wszystko na raz. Zdecydowałam się wtedy na krajówkę i to była bardzo dobra decyzja. Zaczęłam powoli, małymi krokami. Ogromnie pomogli mi inni kierowcy – bez tej pomocy na początku byłoby bardzo ciężko.

Dla doświadczonego kierowcy wiele rzeczy to automatyzm, dla świeżaka wszystko jest nowe: tachograf, awizacje, manewry, logistyka, odpowiedzialność. Ten pierwszy miesiąc mam trochę wyjęty z życiorysu – czasem naprawdę muszę się mocno skupić, żeby sobie przypomnieć, jak ja to wszystko ogarnęłam. Ale jestem osobą zawziętą i upartą, zawsze staram się wszystko na spokojnie przemyśleć i się nie poddawać. I chyba właśnie dzięki temu krok po kroku wypracowałam swoje nawyki.

Dziś wiem, że bycie kierowcą to była najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć. Jeśli chodzi o krajówkę – infrastruktura w Polsce… każdy wie, jaka jest. Drogi wszyscy znamy. Parkingów niby jest więcej niż kiedyś, ale nadal bywa z tym różnie. A wiadomo, że kobiety mają trochę inne potrzeby, zwłaszcza jeśli chodzi o higienę. Radziłam sobie na swój sposób – bardzo często ta higiena odbywała się po prostu w ciężarówce. Nie zawsze było gdzie stanąć, nie zawsze był prysznic, więc trzeba było sobie kombinować.
Z drugiej strony praca na kraju daje mi spory komfort. Często w środku tygodnia jestem w domu. Bywa tak, że wyjeżdżam w poniedziałek, a w środę już jestem w domu, potem ruszam w czwartek i wracam w piątek – to naprawdę dużo ułatwia. Jeśli chodzi o parkingi, to wszystko jest kwestią organizacji. Są stacje paliw, gdzie można wziąć prysznic, odświeżyć się, zrobić zakupy, tylko że na początku to wszystko zajmowało mi znacznie więcej czasu. Koledzy robili trasę w 10 godzin, a ja tę samą w 15 – takie bite 15. Trzeba było zaplanować toalety, zakupy, ogarnięcie się, załadunki, rozładunki. Na początku było to mega ciężkie, ale nie ma rzeczy niemożliwych – jak się chce, to naprawdę można sobie poradzić.

Jeśli chodzi o odbiór na firmach, załadunki i rozładunki, to powiem szczerze – przez półtora roku nie spotkałam się ani razu ze złym traktowaniem. Wręcz przeciwnie – bardzo często reakcje były miłe, zwłaszcza ze strony kobiet: „wow, szacun, jak pani daje radę”. Byłam pewną sensacją, szczególnie że jeżdżę wywrotką — i chyba bardziej dla kierowców niż dla pracowników firm.
Przy takim systemie jazdy raczej trudno o jakiekolwiek zwiedzanie, ale czasami się udaje. Tak jak na przykład we wrześniu – byliśmy z mężem w Szczecinie, załadowaliśmy się około 16:00 i mieliśmy postój do rana, więc poszliśmy pozwiedzać miasto. Zdarzył się też spacer w okolicach Drezna, kiedy byłam sama. To nie są wielkie wycieczki, ale zawsze jakiś ruch. Jak tylko jest okazja i warunki sprzyjają, staram się wyjść, przejść, poruszać – to bardzo pomaga i fizycznie, i psychicznie.

Cdn.










