67 mandatów i jedno wielkie pytanie: na co liczy kierowca, który swych praw postanowił dochodzić w sądzie?

67 mandatów i jedno wielkie pytanie: na co liczy kierowca, który swych praw postanowił dochodzić w sądzie?

Na drodze krajowej nr 53, w powiecie szczycieńskim, inspektorzy Wojewódzkiego Inspektoratu Transportu Drogowego w Olsztynie zatrzymali zestaw z naczepą przewożący pusty kontener. Rutynowa kontrola szybko przestała być rutynowa. Analiza danych z tachografu wykazała coś, co w branży transportowej zdarza się niestety częściej, niż wielu chciałoby przyznać: kierowca praktycznie ignorował przepisy dotyczące czasu pracy.

Lista naruszeń była długa. Przekroczenia maksymalnego czasu prowadzenia pojazdu bez wymaganej przerwy, skrócone odpoczynki dobowe, przekroczenia dopuszczalnego czasu jazdy. Inspektorzy naliczyli aż 67 mandatów. Kierowca odmówił ich przyjęcia.

I właśnie w tym miejscu zaczyna się prawdziwa historia.

Kiedy kierowca przestaje „naginać”, a zaczyna ignorować przepisy

W branży transportowej od lat funkcjonuje pewna szara strefa interpretacyjna. Kierowcy czasem przesuną przerwę, czasem lekko „dociągną” do bazy, czasem przekroczą dzienny limit jazdy o kilkanaście minut. Takie przypadki kontrolerzy znają aż za dobrze.

Ale to, co ujawniono w tej kontroli, trudno nazwać zwykłym naginaniem przepisów. To raczej sytuacja, w której ktoś przestaje się nimi przejmować.

A to rodzi pytanie, które zawsze wraca przy takich sprawach: czy to wyłącznie decyzja kierowcy?

Bo rzeczywistość transportowa bywa znacznie bardziej skomplikowana niż protokół kontroli. W wielu firmach presja czasu jest ogromna. Terminy dostaw są napięte, stawki niskie, a opóźnienie potrafi oznaczać utratę klienta. W takich warunkach pojawia się cichy mechanizm, który kierowcy znają doskonale.

„Jakoś to dowieź”.

Nikt nie powie tego wprost. Rzadko pojawiają się polecenia zapisane w mailu czy SMS-ie. Ale bywa, że kierowca doskonale wie, czego oczekuje pracodawca.

Dlatego przy takiej skali naruszeń zawsze pojawia się pytanie, czy kierowca działał sam, czy był częścią większego problemu organizacyjnego w firmie transportowej.

Prawdziwe pieniądze zapłaci jednak ktoś inny

Choć medialnie najgłośniej brzmią mandaty dla kierowcy, to w rzeczywistości największe konsekwencje finansowe mogą spaść na przedsiębiorcę.

Po każdej takiej kontroli wszczynane jest postępowanie administracyjne wobec firmy transportowej oraz osoby zarządzającej transportem. I tu wchodzą w grę zupełnie inne stawki.

Jeśli kontrolerzy uznają, że w firmie dochodzi do systemowego łamania przepisów, konsekwencje mogą być jeszcze poważniejsze – od problemów z dobrą reputacją przewoźnika aż po postępowania związane z utratą licencji transportowej.

Dlatego w wielu przypadkach to właśnie przedsiębiorca ma znacznie więcej do stracenia niż sam kierowca.

Dlaczego kierowcy mimo wszystko ryzykują

Pytanie, które wraca po każdej takiej kontroli, brzmi zawsze tak samo: skoro kary są wysokie, to dlaczego kierowcy wciąż podejmują takie ryzyko?

Odpowiedź rzadko jest prosta.

Czasem to zwykła brawura i przekonanie, że kontrola się nie zdarzy. Czasem brak wiedzy o przepisach lub błędna interpretacja czasu pracy. Zdarza się też klasyczne „ratowanie kursu”, gdy kierowca chce zdążyć z dostawą za wszelką cenę.

Ale bywa też, że problem leży głębiej – w sposobie organizacji transportu.

Gdy grafik jest napięty do granic możliwości, a każda godzina opóźnienia oznacza nerwowy telefon z biura, pokusa „dociśnięcia gazu” staje się ogromna.

I wtedy tachograf przestaje być narzędziem kontroli, a zaczyna być przeszkodą.

Na co liczy kierowca, który odmawia przyjęcia 67 mandatów

Odmowa przyjęcia mandatu automatycznie oznacza jedno: sprawa trafia do sądu.

Dla kierowcy to często ostatnia próba obrony. Możliwość przedstawienia swojej wersji wydarzeń, wskazania okoliczności łagodzących albo zakwestionowania części zarzutów.

Czasem sądy rzeczywiście obniżają wysokość kar, zwłaszcza gdy naruszenia mają mniejszą wagę lub wynikają z błędów interpretacyjnych.

Ale przy takiej liczbie wykroczeń linia obrony jest wyjątkowo trudna. Dane z tachografu są dziś bardzo dokładne, a ich analiza daje kontrolerom mocny materiał dowodowy.

Dlatego w takich sprawach stawką nie jest już tylko mandat.

Stawką jest odpowiedź na pytanie, kto naprawdę odpowiada za to, co wydarzyło się na drodze: kierowca, który siedział za kierownicą, czy system, który sprawił, że uznał łamanie przepisów za jedyny sposób, żeby dowieźć ładunek na czas.

Źródło: WITD Olsztyn

Sprawdź także