Jedna chwila. Tyle wystarczyło, żeby na autostradzie A1 pod Dobieszowicami osobowy Hyundai znalazł się pod ciężarówką. Z ustaleń policji wynika, że kierowca dostawczego Renault nie zdołał wyhamować i z dużą siłą uderzył w tył poprzedzającego go auta. Efekt był dramatyczny – osobówka została niemal całkowicie zmiażdżona, a jej kierowca trafił do szpitala.
To kolejny wypadek, który pokazuje, że na drogach szybkiego ruchu nie ma miejsca na chwilę nieuwagi. Gdy kolumna pojazdów nagle zwalnia lub zatrzymuje się przed zatoriem, kilka sekund spóźnionej reakcji może zakończyć się tragedią.
Ciężarówka była tylko ostatnim elementem tego łańcucha
Zdjęcia z miejsca zdarzenia robią ogromne wrażenie. Łatwo odnieść wrażenie, że doszło do zderzenia osobówki z ciężarówką. W rzeczywistości scenariusz był zupełnie inny.
Według wstępnych ustaleń policjantów dostawcze Renault uderzyło w tył Hyundaia, a siła uderzenia wepchnęła samochód pod jadącą przed nim ciężarówkę. Kierowca ciężarówki najprawdopodobniej nie miał żadnego wpływu na przebieg zdarzenia.
To sytuacja, która niestety nie jest rzadkością. Samochód osobowy znajdujący się pomiędzy dwoma znacznie cięższymi pojazdami praktycznie nie ma żadnych szans w takim zderzeniu.
Przepisy są jasne. Problem w tym, że wielu kierowców je lekceważy
Na autostradach i drogach ekspresowych obowiązuje przepis nakazujący zachowanie minimalnego odstępu od poprzedzającego pojazdu. Powinien on wynosić co najmniej połowę aktualnej prędkości wyrażonej w metrach. Jadąc 120 km/h, należy zostawić minimum 60 metrów, a przy 140 km/h – co najmniej 70 metrów.
Mimo to wystarczy przejechać kilka kilometrów dowolną autostradą, żeby zobaczyć zupełnie inny obraz. Samochody jadące kilka metrów za poprzednikiem nikogo już nie dziwią. Kiedy policja prowadzi kontrole odstępu, bardzo często pojawiają się głosy, że pomiar został wykonany nieprawidłowo albo że mandat jest niesłuszny.
Można dyskutować z metodą pomiaru, ale nie da się dyskutować z fizyką. Jeżeli przy prędkości autostradowej kierowca zostawia przed sobą zaledwie kilkanaście metrów, odbiera sobie praktycznie każdą szansę na skuteczną reakcję w razie nagłego hamowania.
Najbardziej niebezpieczny jest ostatni samochód w korku
Doświadczeni kierowcy zawodowi dobrze wiedzą, że największe zagrożenie pojawia się wtedy, gdy dojeżdża się do końca tworzącego się zatoru. Ostatni pojazd w kolejce staje się celem dla każdego, kto zbyt późno zauważy hamujące auta.
Dlatego wielu zawodowych kierowców po zatrzymaniu nadal obserwuje lusterka. Zostawiają przed sobą zapas miejsca i są gotowi ruszyć do przodu, jeśli zauważą, że pojazd za nimi nie wyhamuje. Taki odruch nie zawsze pozwoli uniknąć zderzenia, ale w niektórych sytuacjach może ograniczyć jego skutki.
To nie był pech. Tak wyglądają skutki zbyt późnej reakcji
Wypadek pod Dobieszowicami nie wydarzył się dlatego, że ciężarówka znalazła się w niewłaściwym miejscu. Nie wydarzył się też dlatego, że autostrada jest niebezpieczna. Wszystko wskazuje na to, że zabrakło czasu na zatrzymanie pojazdu.
To właśnie dlatego zachowanie odpowiedniego odstępu nie jest przepisem wymyślonym po to, by łatwiej wystawiać mandaty. Ma dać kierowcy dodatkowe sekundy na reakcję. A na autostradzie często właśnie te sekundy decydują o tym, czy skończy się na ostrym hamowaniu, czy na zdjęciach wraku wbitego pod ciężarówkę.
Źródło: Policja










