Najbardziej lubię weekend w trasie, który przypada raz w miesiącu. Nie zawsze mam wpływ na to, gdzie zaparkuję, ale zdarza się, że mogę go zaplanować. A kiedy nie mam – też zawsze znajdę w okolicy coś ciekawego do zobaczenia, nawet jeśli trzeba podjechać jakimś środkiem lokomocji.
O tym jak Kasia złapała bakcyla do zwiedzania już pisaliśmy
Hildesheim – chyba najpiękniejsze dla mnie miasto Niemiec. Za każdym zakrętem robiłam coraz większe „wow” – aż dotarłam do samej starówki, która mnie totalnie powaliła na kolana.
Frankfurt – niby brzmi zwyczajnie, ale to naprawdę piękne, nowoczesne miasto nad Menem. I nazywanie go w drodze gry słów Mainhattanem – bardzo trafne w odniesieniu to pełnej wieżowców dzielnicy biznesowej… a ja tam jeździłam w nocy hulajnogą!

Praga – gdy pewnego wyjątkowo nieprzyjemnego zimowego, dżdżystego wieczoru, spacerowałam niemal sama mostem Karola zajadając trdelnika z bitą śmietaną – byłam naprawdę szczęśliwa.
Lubeka – gdzie mamy rozładunki w porcie, więc mam obcykane tereny, których nie poznaje raczej typowy turysta przyjeżdżający zwiedzać Lubekę…
Okolice Mediolanu – gdzie też mamy typowe miejsce rozładunku, natomiast pauza nocna wychodzi w przeróżnych okolicznych miejscowościach, gdzie pizza i włoskie lody są niezmiennie przepyszne, a pomarańcze najsłodsze na świecie.
Madryt – który przeszłam na wylot wzdłuż i wszerz, gdy trzy razy z rzędu zawoziłam tam meble do Ikei i wypadł tam akurat weekendowy postój.

Zwiedzanie w trasie to zawsze jest jakiś trud i czasem po prostu kusi, by przeleżeć pauzę w kabinie. I o ile podczas pauz dobowych zwykle, mówię: (zwykle, choć nie jest to przesądzone), nie ma się czasu i sił, by gdzieś chodzić, tak podczas weekendu, zawsze, absolutnie zawsze ciągnie mnie, by wyleźć z parkingu. Nie zawsze jest to takie hop-siup, ba, czasem trzeba przeskakiwać ogrodzenie, bo bywa że z parkingu przy autostradzie jedynym wyjściem/wyjazdem jest ten na autostradę.
Latem wożę ze sobą rower, by móc się swobodnie przemieszczać. I zdarzało mi się, że i ten rower trzeba było przerzucić przez płot parkingu… i zdarzało się także lądować po takim skoku z płotu bezpośrednio w pokrzywach czy jakichś innych jeżynach – ale zawsze było warto.

Są wśród kierowców ciężarówek prawdziwi pasjonaci sportu. Wiem to na pewno, ponieważ od kilku lat jestem w grupie Be Active Trucker na Facebooku. Panowie i panie nierzadko wożą ze sobą sprzęt do ćwiczeń – ławki, sztangi, gumy, skakanki. Spotkałam takich kilka razy i jest to bardzo budujące, że im się chce, że wybierają taki sposób spędzenia pauzy.
Mnie treningi statyczne nużą. Wolę wyjść. Czasem biegam na pauzach, gdy jest w pobliżu sprzyjający teren typu polne drogi. Najbardziej jednak preferuję spacery i zwiedzanie oraz mój ukochany rower. Kierowca zawodowy może być jednocześnie turystą, jest to kwestia wyboru i organizacji czasu. Bardzo polecam aktywność turystyczną oraz zawód kierowcy ciężarówki dla ludzi, którzy pragną poznać świat.

Na więcej zapraszam na mojego bloga










