Kierowcą jestem już od dziesięciu lat, ale za kierownicą ciężarówki siedzę od sześciu. Zaczynałem na busach – z myślą, że pojeżdżę chwilę, pozwiedzam świat, a potem się zobaczy. Wcześniej byłem zawodowym żołnierzem, ale powiem szczerze: w pewnym momencie przestało to mieć dla mnie sens. Zrezygnowałem i nie żałuję.
Na busa wskoczyłem z marszu. Plan był prosty – nie siedzieć w miejscu, zobaczyć kawałek świata. I spodobało mi się na tyle, że postanowiłem zrobić prawo jazdy na C+E. Zawodowo i tak nie miałem zbyt wielu perspektyw, bo wcześniej próbowałem już różnych rzeczy – fabryki, magazyny, wojsko – ale nigdzie nie czułem, że to moje. W ciężarówce masz swoją przestrzeń, układasz dzień po swojemu, nikt ci nie siedzi na plecach. Robisz swoje. I to mi pasuje.

Pamiętam, jak zaczynałem – od razu trafiłem na zestaw, i to nie w Polsce, tylko w Niemczech. Po godzinie jazdy ktoś powiedział: „Ogarniasz, to jedź”. No to pojechałem. Łatwo nie było – trzy załadunki, trzy rozładunki dziennie, wszystko pod rampą. Na początku to ja nawet nie wiedziałem, jak się do tej rampy ustawić. Nikt nie tłumaczył, nie pokazywał. Sam musiałem dojść do wszystkiego.
Bywały momenty, że myślałem: „Ja się do tego nie nadaję”, ale potem przychodziło opamiętanie: „Kto ma dać radę, jak nie ja?”. No i zostałem. A dzisiaj? Jakbym do osobówki wsiadał. Weszło w nawyk.
Jazda busem i ciężarówką to dwa różne światy. Busem wszędzie wjedziesz, zaparkujesz gdzie chcesz, ale jesteś na łasce zleceniodawcy. Lecisz po trzydzieści parę godzin bez snu, żeby tylko dowieźć towar. Miałem taką trasę – ze Świebodzina do Lizbony – praktycznie bez przerwy. Bez spania, bez odpoczynku. W ciężarówce jest tachograf – i to jest zbawienie. Masz czas na gotowanie, odpoczynek, trening.

Zawsze byłem aktywny. W młodości zacząłem trenować trójbój siłowy – tak dla siebie. W wojsku też ćwiczyłem. Ale później… no, wpadłem w zły rytm. W trasie generalnie nie piłem, ale weekend stawał się „resetem”. I pogubiłem się… Straciłem rodzinę.
15 lipca zeszłego roku powiedziałem sobie: „Stop. Albo przestanę pić, albo się skończę”. Mam córeczkę Rozalię, która teraz ma 2,5 roku. Nie chcę, żeby kiedyś widziała ojca pod Biedronką albo – co gorsza – w jeszcze gorszym stanie. Od tamtej pory nie piję. W sierpniu wróciłem do treningów. Ćwiczenia stały się moją terapią.

Nie jest łatwo być aktywnym kierowcą, ale się da. Trzeba tylko chcieć. I powiem szczerze – czasem spotykam innych takich jak ja. Ostatnio na parkingu dwóch Ukraińców wyciągnęło sprzęt i zaczęli ćwiczyć ze mną. Rzadko się to zdarza, ale daje kopa.
Trening staram się robić trzy razy w tygodniu. Wiadomo, różnie bywa – raz coś wypadnie, raz się nie zdąży – ale średnio trzy razy minimum. Czasem więcej, czasem tylko dwa, ale staram się trzymać rytmu. Bo wiem, jak łatwo sobie odpuścić. A jak się odpuści raz, potem drugi, to zaraz forma siada, motywacja znika i człowiek znów siada do browara zamiast coś zrobić.

Trening trwa u mnie od półtorej do dwóch godzin. Dzisiaj na przykład robiłem full body – wszystkie partie – i wyszło mi równo dwie godziny dziesięć minut. Zrobiłem to rano, bo jestem teraz we Włoszech i słońce wali od rana, więc chciałem skończyć zanim asfalt zacznie parzyć. Ale tak generalnie to wolę ćwiczyć po pracy. Rano trudno mi się zebrać – organizm nieogarnięty, zaspany, nie ma mobilizacji. A po pracy, jak już się rozruszam, to łatwiej. Nawet jak jestem zmęczony, to mówię sobie: „Idziesz. Musisz”. I idę. Bo jak raz odpuszczę, potem drugi – panika: „O Jezu, już spadam, już brzuch się wylewa…”. I właśnie dlatego, nawet jak pada, nawet jak nie ma gdzie, to coś robię. W kabinie mam hantle, gumy, matę. Jak mam miejsce na pace – wyciągam ławeczkę, zestaw i jadę z koksem. Grunt to działać. Nawet krótko, ale regularnie.

cdn.










