Mam na imię Michał i zawodowo jeżdżę od 17 lat w transporcie międzynarodowym. Od najmłodszych lat interesowałem się również sportem, ale tu miałem upadki i wzloty, bo kontuzje mnie nie omijały. I na pewien czas aktywność odłożyłem na dobre. Ale stuknęła mi „trzydziestka” i zacząłem się zastanawiać, czy z powrotem nie zacząć się ruszać, bo siedząc godzinami w kabinie, człowiek się trochę „zastał”.
I tak, powolutku zacząłem sobie na nowo organizować czas w trasie. Ale jest to bardzo ważne, by obowiązki nie kolidowały z innymi sprawami i jedno nie odbywało się kosztem drugiego. Niemniej trzeba dbać przede wszystkim o siebie, bo w drodze nikt o nas nie będzie się troszczył i pytał, czy nie jestem głodny albo czy się wyspałem. Trzeba więc to sobie wszystko dobrze w głowie poukładać i wówczas wszystko idzie, tak jak powinno.

Momentem przełomowym było spotkanie Janusza, kierowcy ze Śląska w 2012r., który ćwiczył na parkingu nieopodal ciężarówki. Podszedłem do niego, porozmawialiśmy chwilę i to on namówił mnie, bym wrócił do sportu. Nie była to łatwa decyzja, bo trzeba było zrezygnować ze spotkań z kolegami na parkingach, gdzie jak wiadomo, gdy była ku temu okazja to było piwo, papierosy i jedzenie, najoględniej mówiąc nie bardzo zdrowe. Ale pomyślałem sobie wówczas, że jak teraz się nie przełamię, to być może już nigdy tego nie zrobię.
Gdy wracałem z trasy zacząłem odwiedzać zaprzyjaźniony klub w Ciechocinku, gdzie od lat trenuje się sztuki walki, potem siłownię i przypomniały mi się stare, dobre czasy. Pomyślałem wówczas, że skoro powiedziałem „A”, to teraz czas powiedzieć „B” i zacząć żyć aktywnie w trasie wyzbywając się złych nawyków. I tak też zrobiłem. Zacząłem wozić ze sobą sprzęt do trenowania, zmieniłem dietę, a towarzystwo biesiadujące na parkingach zacząłem omijać z daleka.

cdn.










