Cześć, mam na imię Milena, ale w trasie wszyscy znają mnie jako „Psuja”. To nie jest przypadek – tabliczka w kabinie z napisem „PSUJA” to mój znak rozpoznawczy. Kiedy patrzysz na mnie w lusterku, wiesz, że w tym samochodzie siedzi ktoś, kto lubi mieć wszystko pod kontrolą, ale też nie boi się, gdy coś się psuje, kiedy trzeba improwizować i kombinować, żeby dotrzeć do celu.
Moja historia z samochodami zaczęła się dawno temu, jeszcze zanim myślałam o prawku na ciężarówkę. Dostałam wtedy starego Volkswagena LT – stary, wiekowy, ciągle psujący się samochód, który wymagał stałej obecności w warsztacie. Czasami coś popsułam sama, czasem po prostu auto się poddało, ale każda usterka była lekcją. I tak narodziła się moja „psuja” – trochę przez pecha, trochę przez naukę radzenia sobie w każdych warunkach.

Zawodowo zaczęłam w 2017 roku. W rodzinie nikt wcześniej nie jeździł – ja byłam pierwsza. Po mnie tata zrobił prawo jazdy i zaczął jeździć, co było wręcz odwrotnie niż zwykle – córka wprowadzała rodzica w zawód! Wykształcenie mam w zarządzaniu nieruchomościami, skończyłam licencjat, ale serce ciągnęło mnie za kierownicę.
Pierwsza poważna praca była zupełnie nieplanowana. Poszłam na rozmowę o pracę jako fakturzystka. Pracodawca zauważył, że mam doświadczenie w dostawach – jeździłam w gastronomii – i zażartował, że szukają też kierowcy na busa. „Pani sobie na pewno nie poradzi” – powiedział. No i stwierdziłam: dobra, spróbuję jeden dzień próbny. I w efekcie przepracowałem tam półtora roku. Jeździłam starym Volkswagenem LT, bez klimatyzacji, szyby na korbki – ale samochód miał duszę. To była moja pierwsza miłość do kierownicy. Następnym busem był Cfarter.
Później dorabiałam w weekendy w pizzerii, żeby odłożyć na prawo jazdy na ciężarówkę. Kurs i egzaminy – C, C+E oraz kwalifikacja na przewóz rzeczy – zaliczyłam za pierwszym razem. Nie jeden facet miałby z tym problem, a ja zdałam. Pierwsza praca w zawodzie? Podwójna obsada z chłopakiem. Półtora miesiąca jeździliśmy razem, potem zmiana firmy, trzy miesiące w kolejnej. W końcu stwierdziłam, że chcę jeździć sama – w podwójnej obsadzie nic się nie nauczyłam, bo obowiązki były dzielone i często nie miałam okazji prowadzić samodzielnie.

Pierwsze samochody to były Mercedesy z naczepą. Pierwsza poważna praca była u Niemca, bo w Polsce kobiety, zwłaszcza bez doświadczenia, były traktowane z dystansem. Tam udało się tylko dzięki podwójnej obsadzie – mogłam się uczyć i jednocześnie jeździć z kimś doświadczonym.
Przesiadka na wywrotkę w Gorzowie Wielkopolskim była jak skok na głęboką wodę. Najpierw tydzień na 3-osiowym Volvo. Spotkanie z właścicielem firmy – podanie ręki i zaczynam współpracę. Pierwszy tydzień był hardcore: mała trzyosiowa wywrotka Volvo, jazda po budowach. Pierwszego dnia zakopałam się, strzeliły dwie opony, urwałam tłumik – szef patrzył i chyba stwierdził: „Dziewczyna ma charakter”. Później przesiadłam się na DAF-a, wannę.

Cdn.










